Vancouver, BC

- Kara za ściąganie za darmochę - pomyślałem sobie podczas inauguracyjnego odsłuchania tego, jakże wyczekiwanego albumu. Bo też mnie Kazimierz zasmucił wielce. Oraz jego załoga. Jest tu kilka fajnych zagrywek, ale ogólnie nuda i chała. Odsłuchałem może ze cztery razy, bo się łatwo nie zrażam, tym bardziej żem zawsze był wielkim Kaenżeta fanem. Ale nie da rady. Strasznie bezjajeczna płyta. Tamte Trzy mają stałe miejsce w moim starym sercu, natomiast Plam na Słońcu nie przyjmuję do wiadomości. No, bardzo mnie jest przykro.

W sumie to staroć okrutny, ale jakoś mi wcześniej umknął. Brian "Head" Welch był - jak powszechnie wiadomo - nadzwyczaj malowniczym filarem Korna. Kole roku 2005 trochę mu się jednakowoż w głowie pozmieniało, nieprawdaż. I niejako przy okazji zarysowały się istotne różnice w spojrzeniu na dalsze występy w barwach kapeli macierzystej. Choć chłopacy rozpaczali i go od decyzji odwodzili, Head był nieugięty i do Korna nigdy już nie powrócił. Najciekawszym zdarzeniem z jego solowej drogi przez ten łez padół bez wątpienia jest krążek Save Me From Myself. Kto jeszcze nie słyszał, niech tę zaległość czym prędzej nadrobi. Świetne granie. Czyste ciary. Pozycja obowiązkowa.
A niejako w międzyczasie ukazał się najnowszy krążek Korna. Przedziwny i zaskakujący szalenie, ale podoba mi się bardzo. Dubstep się to nazywa, jesli wierzyć krytykom oraz wcześniejszym zapowiedziom muzyków. A nie ma sprawy. Bo dubstepowy Korn na The Path of Totality brzmi znakomicie i świeżo. Jedna z moich płyt roku 2011.

Będąc dozgonnym fanem Screaming Trees, nadal nie mogę się podnieść po ciosie, jakim był rozpad grupy (a to już przecież kilka ładnych lat, nieprawdaż). Na otarcie łez pozostaje wydany niedawno album Last Words: The Final Recordings. Przypadkiem jest to premierowy, pełnowartościowy materiał, nie zaś, jak obawiali się fani, popłuczyny w rodzaju stron B singli, demówek, early tapes czy innych odrzutów z wcześniejszych sesji. Przeciwnie, na Last Words pomieszczono ostatnie, doskonałe nagrania zespołu, zarejestrowane już po wydaniu albumu Dust, przez wiele lat uważanego za ostatni w dorobku grupy.
Materiał ten przez czas jakiś dostępny był w sieci internetowej (w wersji półsurowej) jako Unreleased Album. Dopiero niedawno chłopacy znaleźli wolną chwilę na finałowe szlify i zgrabne wyprofilowanie całości. Dla mnie bomba. Nieodmiennie zachwyca proste, szczere, energetyczne granie, ale przede wszystkim głos Marka Lanegana. Jak mi niegdyś wyznał pewien przyjazny kolega w trakcie wspólnego wieczoru w osławionym i niezapomnianym Pegazie, takie głosy, jak Lanegana, to Bóg rozdaje po znajomości. Otóż.
Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.
Vancouver, BC