:
Hosting by Yahoo! Web Hosting

(...) - Mógł cię rekin wpierdolić i nareszcie byłby spokój -
powiedział Miłoszek, kiedym powrócił na brzeg po nocnej
kąpieli w oceanie.
- Nie pyskuj - odparłem grzecznie - bo byś tu beze mnie
zginął, jako że po hiszpańsku umiesz tylko powiedzieć
hola
oraz
doblo cuba libre por favor. A poza tym, jełopie, tu nie ma
rekinów.
- Był komunikat, że są - upierał się Miłoszek. - Myślisz że po
co przez cały dzień nad kąpieliskiem latają helikoptery...?
- Nie piłuj tylko dawaj ręcznik - uciąłem dyskusję.
    Kiedy po kwadransie dotarliśmy do naszej Villa San
Cristobal, z trudem utrzymywałem się na nogach.
Bynajmniej nie z powodu jedenastu barów pomieszczonych
w pobliżu, a raczej za sprawą
trzydziestodziewięciostopniowej gorączki tropikalno -
tyfoidalnej, zdrętwiałej nogi oraz ogólnego amoku. Bo się
okazało, że mnie we wodzie coś poraziło. Pewnie meduza.
Faktem jest, że pogrążyłem się w wielogodzinnej malignie.
Majaczyłem, jęczałem i okładałem sobie nogę lodem z
lodówki. Poza tym wlewałem w siebie hektolitry wody, która
nie gasiła pragnienia ani na sekundę. A w jednym z
koszmarnych snów, jakie nawiedziły mnie owej nocy, byłem
przesłuchiwany przez lokalnego politur, któremu
ukradkiem wypiłem kokakolę, co ją sobie trzymał w
pudełku od zapałek. Kosmos. A noga paliła żywym ogniem.
    Dopiero mi potem tubylcy powiedzieli, że trzeba było
nasikać. (...)

      (...) Mam kłopoty na dzielnicy. Zaczęło się od tego, że przedwczoraj, dobrze po północy zszedłem do loszku,
by poprawić tylny hamulec w ścigaczu. Bo, pomimo półmetrowej warstwy śniegu, jeżdżę ostro.
I, gdy w najlepsze grzebałem przy ścigaczowych szczękach, do loszku przyszły chuligany z nożem. I coś tam, coś
tam, do mnie zaczęły burczeć. Najpierw, w ramach walki bez walki, standardowo zaproponowałem, że im
wyjebię z dziewiątki. Ale się jakoś tak niezbyt przejęli i chyba nawet trochę ich tą propozycją rozjuszyłem. Bo
zaczęli machać rękami.
    W zaistniałej sytuacji, przypierniczyłem Temu Większemu sankami, które stały w rogu piwnicy. I nie było to
wcale chamskie karate po polsku, bo w ubiegłym tygodniu, na discovery widziałem filipińskiego mistrza, który
prezentował swój wyrafinowany, waleczny program z użyciem ławeczki. Skoro może być ławeczka, to dlaczego
nie sanki? Tym bardziej, że skuteczne bardzo, bo chuligany uciekły, miotając pod nosem straszliwe
przekleństwa.
    Spodziewając się powrotu mechagodzilli, przerwałem prace remontowe i ewakuowałem się do mieszkania.
Ale to nie koniec. Dziś rano, kiedy opuszczałem dom, przypadkiem napotkałem Tego Mniejszego, który
pamiętnej nocy przypadkiem nie wyłapał. Na mój widok młodzieniec odskoczył i z odległości kilku metrów
wystosował pod moim adresem groźbę karalną.
I syknął, żebym
se uważał.
Ja jednak nie miałem czasu na pierdoły, bo właśnie gnałem realizować mój masterplan. Rozczaruję tych, którzy
sądzili, że zrobię sobie sztangę księcia Alberta, albo wielki tatuaż TAM. Nic z tych rzeczy.
Ja sobie zrobiłem oczy Dave'a Navarro. Pół-permanentnie. (...)

(...) Ten Mniejszy niespodziewanie przybył w sobotę na moją uczelnię w celu zapisania się nań i odebrania
średniego wykształcenia uzupełniającego. Gdy mnie ujrzał w dyrektorskim fotelu (zasiadam tam sobie
niekiedy dla otuchy), na chwilę stracił wątek oraz przyczepność. Wtedy mu powiedziałem, żeby
se uważał.
I się promiennie uśmiechnąłem. Po czym błysnąłem kłujonem i posłałem mu spojrzenie zza krat. A oczy Dave'a
Navarro do takich spojrzeń się wybitnie nadają...
    Nie wiem, czy się zapisze. Moim zdaniem to niepotrzebna fatyga i ekstrawagancja. Ale gdyby tak się
przypadkiem stało - w swoje ręce go wezmę i w kolegów ręce wezmę...
    W ramach uwalniania złej energii. (...)

      (...) Przedwczoraj, niechcący urządziłem sobie w
domu pokaz sztucznych ogni połączony z symulacją
wyładowania atmosferycznego. W związku z tym
malowniczym zdarzeniem mam dwa skojarzenia.
Pierwszym z nich jest Powrót do przyszłości,
natomiast drugie to niedawno oglądany filmik
dokumentalny o wesołych naukowcach, którzy w
sposób kontrolowany, przy pomocy specjalnych
wyrzutni rakietowych, na pustyni ściągali pioruny. Ja
osiągnąłem podobny efekt, tyle że zamiast wyrzutni,
zastosowałem kuchenkę mikrofalową.
    
      Oczywiście wiem, że w mikrofalówce nie należy
umieszczać żadnych metalowych przedmiotów, ale
przecież ta folijka od masła mazurskiego to NIE JEST
metal, nieprawdaż. Tak do przedwczoraj uważałem,
więc postanowiłem sobie wspomniane masło trochę
rozmiękczyć przy pomocy promieniowania. I się
stało. Smoke on the water. I się zjarała nowiutka
kuchenka LG - zasadniczy fundament i kluczowa
racja mojego bytu oraz codziennej egzystencji. (...)

      (...) Jest dobrze, ale nie beznadziejnie.
Gala Miszczów odbyła się wczora z wieczora i było
tam bardzo przyjemnie. Abstrahując od faktu, że
mnie pominęli przy rozdawaniu nagród, co trochę
komplikuje sytuację, albowiem niechcący
podzieliłem skórę na niedźwiedziu i zaplanowałem
nabycie ajpoda. I nawet go już zamówiłem w pewnej
wyspecjalizowanej placówce. Ale w zaistniałej
sytuacji to chyba poniecham i sprawę odkręcę, bo
sytuacja na moim rachunku bankowym jest
zatrważająca.

      A poza tym, skoro mnie nie docenili, to wojna. I
przechodzę na Ciemną Stronę Mocy. I zostaję artystą
alternatywno - niszowym. Koniec zabawy.
- Wyluzuj - pocieszał mnie znajomy DJ. - Ty tam
zostałeś zaproszony jako członek Akademii, tak jak na
Oskarach.
      Ależ ja jestem bardzo wyluzowany i nie potrzebuję
pocieszania ani żadnych babilońskich nagród.
(
Powyższe rozumowanie jest podręcznikowym
przykładem zastosowania mechanizmów obronnych,
czyli wypierania. Wiem to doskonale...
)

      Powróćmy do Gali. Największym odjazdem było
wystąpienie Takiej Jednej Pani Dyrektor, której się
pomyliły imprezy i zmaterializowała się na scenie w
miniówie oraz lakierowanych bikejach na
ćwierćmetrowej szpilce.
      A poza tym standard. W połowie imprezy
demonstracyjnie wyszedłem, zabrałem z szatni
kapotę i wróciłem do domu. Gdzie odwiesiłem
bogiego do szafy, przebrałem się w śliwkowe glany,
trzypaski oraz peruwiankę i poszedłem w nieznane.
Czyli poślizgać się na górce obok kościoła. Bardzo
skuteczny detoks na frasunki wszelakie. (...)

      (...)- Pakupisz pan lornietku z noktowizorem? -
spytał mnie  facecik na targowisku miejskim, gdzie
się wczoraj udałem w poszukiwaniu mocnych
wrażeń oraz niedrogiego paliwka do zippo.
- Balszoje spasiba, ale nie potrzebuju lornietki -
odparłem płynnie, bo, jak wiadomo, jestem
wyposażony w szereg rozmaitych języków obcych.
- Nicziewo, nicziewo - stwierdził mój rozmówca. - A
chacziesz pakupit peryskop?
- Nie chacziu - odparłem grzecznie.

- A kurtku kamandira? - nie przestawał kusić facecik
- albo czapku tankista.
- Toże niet - odparłem, nadal uśmiechnięty i
uprzejmy. - Na co mnie czapka, katoraja gawarit? -
tu popisałem się nie tylko moim świetnym
rosyjskim, ale także znajomością żołnierskich
kawałów. - A u mienia uże jest jedna kurtka
kamandira - dodałem informacyjnie.
- Nicziewo, nicziewo - stwierdził handlarz. - A może
pakupisz briuki paraszutista?

      Nie pakupiłem także briuków paraszutista, za to
grzecznie się pożegnałem i opuściłem targowisko. I
teraz żałuję, bo facet nie chciał dużo, a z tych
wszystkich rzeczy można by wysmażyć niezły
wystroik do mojej kolekcji jesień/zima. (...)

      (…) Z działu Autobiografie, (choć kto to wie) polecam entuzjastycznie zapowiadany na koniec bieżącego
roku, kolejny zbiór narracji Jacka Pałki „Otwieracz do oczu”. To książka napisana pod „znakiem firmowym”
autora - komedia oparta na obserwacji, kipiąca farsowymi spostrzeżeniami i komicznymi konkluzjami.
Jest zabawna, rzewna, napisana w niespotykanym, znamiennym stylu, zaskakująco otwarta i inteligentna.
Warto również wspomnieć o wyjątkowej obsadzie - jedynej w swoim rodzaju oraz jedynej w rzeczy samej…
Przebogata w dowcipne aluzje, jest także ucztą dla biegłych w temacie tzw. kultury masowej.
(Marek Śliwiński dla
Polish Messenger w Toronto).
Przedpremierowe czytanie wypadło chyba dobrze:
„Chyba nie ma w całej przestrzeni drugiej tak pokręconej osobowości, potrafiącej w tak
niezwykły sposób przekazać Wszystko. Patrzcie i uczcie się.”
Pietrenko
„Uwielbiam Pana czytać... Dosłownie i w przenośni...” Ewa
„Cóż mogę oryginalnego powiedzieć... Czytałam, czytam i czytać będę. Niejeden może
pozazdrościć Ci takiego warsztatu. Uczcie się, młodzi, sztuki władania słowem.”
Anistemi
„Absolutnie fantastycznie! Pozdrawiam serdecznie.” Moth
„Witaj! Jestem pod wrażeniem historii, które opisujesz, szczególnie ujmuje mnie Twoja
aparatura słowna (chyba jest takie pojęcie). Niektóre wyrażenia zyskują dla mnie nowe
znaczenie, więc mogę śmiało powiedzieć, że ta lektura nie jest tylko czystą przyjemnością,
ale także uczy. Pozwolę sobie użyć określenia rodem z polskiego hip-hopu: dla mnie masz
stajla”.
benY
„Dobrze mi tu”. Visage
„Na potęgę posępnego czerepu. Zajebiaszcza twórczość, wyeksploatowałem wszystko i
moje szczątki zostały rozrzucone po całym mieszkaniu. Powinieneś pomyśleć o wydaniu tego
na papierze.”
Xtatic83
„Chciałam jakoś dosadnie wyrazić moją sympatię do twórczości Szanownego Pana
Stardoga. Plastycznie ujęłabym to tak: salwy śmiechu przyprawiły mnie o Trudną Do
Pozbycia Się Czkawkę. Gdybym podczas lektury jadła makaron, z ubawienia wyszedłby mi
on nosem. (...) Pysznie się tu bawię!”
Antonia