Vancouver, BC
Tegoroczne listopadowe święto upłynęło bynajmniej nie w aurze zadumy i patosu, czegom się początkowo spodziewał. Nic z tych rzeczy. Było bojowo, dziarsko i do wiwatu. Rzekomi faszyści starli się z rzekomymi antyfaszystami, wspierani przez rzekomych lewicowców oraz rzekomych anarchistów. Nad całością przedsięwzięcia czuwali rzekomi policjanci, piorąc wszystkich jak leci. Ale nie o tym. Traf chciał, że tu, nad Oceanem Pacyfistycznym, jedenasty dzień listopada także jest znaczącym świętem, rzekłbym, że nawet kolorytowo zbliżonym do tego nadwiślańskiego. Miałem nawet krótką przyjemność zauczestniczenia w przebarwnej uroczystości, kiedy to lokalna ludność rdzenna (czyli przedstawiciele plemion Lilwat, Musqueam, Squamish oraz Tsleil-Waututh) świętowała Dzień Weterana (bo takie jest przewodnie hasło przypadającego na ten dzień święta). Ale nie o tym także.

Pragnąłbym natomiast powrócić na moment do patriotycznych obchodów, w jakich przyszło nam wziąć udział łońskiego roku, kiedy to przypadkiem zdarzył nam się nader krótki romans z lokalnym oddziałem pewnej prężnej organizacji polonijnej. Ale od początku.
A było to tak, że napisałem do Pani Marianny, której maila znalazłem w stopce pewnej gazetki polonijnej, która wpadła mi w ręce w przybytku o nazwie The Polish Sausage House. W liście swym wyraziłem chęć współpracy z rzeczoną gazetą. Najlepiej za pieniądze.
Pani Marianna odpowiedziała nie wprost. To znaczy zaprosiła mnie na wielce enigmatyczne spotkanie, gdzie miałem poczuć narodowego ducha i poznać wiele ciekawych osób. Takie masońskie klimaty wręcz uwielbiam, toteż zgodziłem się bez wahania. W dniu zero o godzinie zero, pojawiliśmy się z Zosią oraz Czesławem pod wskazanym adresem, odpierniczeni w kreacje od Armaniego, Vesracego i innych Harrych Rosenów. Bo takie akurat udało nam się pozyskać ze zrzutów...
W drzwiach przywitał nas Pan Ryszard, słynny polski chopinista sprzed lat, co się nieprzypadkowo zgadało w dalszej fazie rozmów. Po jakimś czasie dołączyła do nas wspomniana na wstępie Pani Marianna oraz Pani Kamilla, śpiewaczka operetkowa, która, nie zdejmując fioletowego płaszczyka, prześpiewała sobie z Panem Ryszardem Strofy o Żelazowej Woli. Ja oraz Zosia obserwowaliśmy to wszystko w milczeniu, czując się jak w Matriksie. Zaraz potem, kanałami przedostaliśmy się do położonej kilka przecznic dalej właściwej siedziby stowarzyszenia. I się zaczęło.
Najpierw baronowa Łagan – Wolsztajn przywitała wszystkich zgromadzonych i każdemu przylała szampana. Potem podpułkownik Tęczyński, przewodniczący Polonijnego Stowarzyszenia Patriotycznego Smuga, łamiącym się głosem przeczytał wiersz pułkownika Matuszewskiego o klęsce, co wisi nad Polską. Co sprawiło, że generałowa Kossobudzka zalała się łzami wzruszenia. Potem Pani Kamilla przy akompaniamencie Pana Ryszarda odśpiewała wspomniane Strofy o Żelazowej Woli, przy których generałowa po raz kolejny się rozszlochała i rozsmarkała. Potem Pan Ryszard solo wyrąbał wiązankę mazurków i polonezów. Na koniec części oficjalnej głos zabrał Pan Ambasador, który, nie wiedzieć czemu, wyglądał na mocno zażenowanego zaistniałą akademią.
Potem nastąpiła przerwa, podczas której doszło do pewnego niewielkiego, acz zauważalnego zgrzytu, kiedy to Zosia dostała od Pani Baronowej ochrzan za stawianie plastykowego kubeczka obok marmurowego popiersia Marszałka. Gdyż się nie godzi.
Po przerwie profesor Wołk – Tuszkiewicz, wykładowca na Emily Burr University, zasunął wykład pod tytułem Czym jest design, ilustrowany rozlicznymi, arcynudnymi przezroczami. Ja oraz Pan Ambasador troszkę sobie robiliśmy podśmiechujki z tego profesorskiego wykładu, czym zdecydowanie podpadliśmy pozostałym gościom, którzy co prawda nic nie rozumieli, za to przejęci byli niepomiernie. Po prelekcji wyszliśmy sobie z panem Ambasadorem na cigareta i wtedy Pan Ambasador w krótkich żołnierskich słowach dał upust swojemu poirytowaniu całokształtem obejrzanej właśnie prezentacji.
Kiedy powróciliśmy na pokoje, przy głosie była już profesor Stępniewicz – Łęczycka, która przedstawiła etyczne aspekty wzornictwa przemysłowego i jego mimowolny powrót do pryncypiów szesnastowiecznych.
- Ekskuzemła – przemówił nagle Czesław – że słi tłalet?
- Co ty odstawiasz? – ofuknąłem go cicho.
- Chciałem być w konwencji – odparł Czesław. – A poza tym szukam kibla, bo podczas tego wykładu schowałem się w kuchni, gdzie zjadłem talerz salami i wypiłem półtoralitrową pepsi, więc teraz chce mi się…
- Okej, oszczędź nam szczegółów – przerwałem, wyprowadzając Czesława do hallu, gdzie wskazałem pożądany przezeń przybytek.
A kiedy już zrobił swoje, poleciłem mu zawinąć z szafy nasze płaszcze i czekać we wozie. Sam wróciłem na pokoje, gdzie dyskretnie wziąłem Zosię pod mankiet, po czym wolnym krokiem, przez taras oraz ogródek cichutko się ewakuowaliśmy.
Po czym z piskiem opon wypruliśmy w stronę chaty.
Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.
Vancouver, BC