Vancouver, BC

Zaczyna mi się mieszać w głowie. Prawda, fikcja, telewizja, Internet, polityka, popkultura oraz świat ze wszech miar wirytualny. Coraz trudniej odróżnić jedno od drugiego. Strumień świadomości i kompletna papka. Burmistrz Robertson i Synowie Anarchii, Kapitan Wrona i Kapitan Ameryka, Hanka Mostowiak i Anna Grodzka. Wywołują porównywalne emocje, które skutkują porównywalną masą dyskusji, ploteczek i domysłów. Przenikają się nawzajem i napędzają.
Hanka Mostowiak na Wawel? Czemu nie, skoro w kampanii przedwyborczej burmistrza Vancouver Gregora Robertsona jego sympatycy, pół żartem a pół serio przekonują mnie, że on jest przecież jak Sons of Anarchy – chroni drobną przedsiębiorczość i dba o to, by wielki kapitał nie zdominował lokalnego biznesu.

Podobnie schizofreniczny stał się świat szołbiznesu. Wczorajszą galę Europejskich Nagród MTV planowałem wziąć na miękkie bloki. Ale się nie dało. Przy najszczerszych chęciach. - To się dzieje naprawdę? – spytała Zosia, kiedy Lady GaGa sposobiła się właśnie do ośpiewania swojej najnowszej piosenki z ogromnym talerzem anteny satelitarnej na twarzy. - Nie wiem – odparłem zgodnie z faktami.
Wkrótce potem wystąpił Justin Bieber oraz kilku jeszcze innych wykonawców. Chyba sławnych i uznanych, bo wielotysięczna widownia każdorazowo dostawała spazmów i wiwatowała jak na przyjście Mesjasza. Mnie uderzyła jedna cecha wspólna wszystkich zaprezentowanych wczora z wieczora gwiazd. A mianowicie, w warstwie głosowej zasadniczo brzmieli oni jednakowo. Identyko. Wszystkie wokale przypominały bowiem syntetyczny zgrzyt robota tudzież kosmity z dowolnego filmu science fiction rodem z wczesnych lat osiemdziesiątych. Do tego oczywiście taniec synchroniczny w stylu mojej rozgrzewki przed wejściem do basenu.

W dalszej części widowiska jak gdyby się uodporniliśmy. I nie poruszył nas zbytnio nawet niejaki David Monahan któren wystąpił na całkowitego golasa. Luz. Takie czasy i taka estetyka zapanowała, że naprawdę luz. I nie dziwi nic. Ani satelitka na twarzy ani klejnoty w dłoniach. Prawdziwą grozą powiało dopiero na koniec, w związku z występem zespołu Queen. Ja rozumiem, że piniondze się kończą i tak dalej, ale są przecież inne rozwiązania, niż Taka Żenada, na dodatek z Adamem Lambertem w roli wokalisty. Aż się ciśnie na usta jakaś żołnierska wiązanka. Ale nic to.
Na koniec krótka wycieczka w stronę miasteczka Charming, czyli siedziby Sons of Anarchy. Daleki jestem od intelektualizowania lub idealizowania tego serialu. Ot, dobra, solidna, chłopacka historia, w której wszyscy bez opamiętania jeżdżą na motorach, walą z pistoletów i drą na siebie mordy... Przyznam, że każdy z kolejnych odcinków oglądam tak ze trzy razy. Najpierw solo, w wersji oryginalnej (beznapisowej oraz bezlektoralnej, który to fakt ma niejakie znaczenie dla tez pomieszczonych w dalszej części mego wywodu). Następnie odbywa się sesja powtórkowa w towarzystwie Zosi, która również wielką fanką chłopaków z Samcro jest. Trzecie podejście ma zwyczajowo miejsce w kilka dni później, kiedy już pewna zaprzyjaźniona platforma internetowa upora się z polskimi napisami, po czym wgra je do odcinka i mię zawiadomi.

Napisy są niestety konieczne, gdyż w wersji oryginalnej chłopacy tak skutecznie grypsują oraz burczą w swoim narzeczu, że nawet tubylcy z dziada pradziada mają niejakie problemy z rozkminieniem niektórych wątków. Co innego z podpisami. Krystalizuje się wówczas wiele dotychczasowych zagadek oraz szczegółów natury strategicznej. Przy okazji wielki szacunek dla zaprzyjaźnionego tłumacza wspomnianej platformy serialowej, który to osobnik bynajmniej nie podąża niewolniczo za kwestiami źródłowymi. Stara się natomiast maksymalnie zbliżyć przekładane kwestie do realiów oraz okoliczności lokalnych, w tym wypadku nadwiślańskich. I tak, w poprzednim bodajże epizodzie, kiedy Gemma Teller ze zmarszczoną twarzą wycedziła: We live in a goddamn war in here, tłumacz zgrabnie przełożył to na: Tu się żyje jak na pieprzonej Pradze.
Sama zaś Gemma (brawurowo grana przez Katey Sagal, czyli niezapomnianą Peggy Bundy), będzie wkrótce miała szansę stać się znaczącym autorytetem moralnym, zaś wygłaszane przez nią mądrości oraz złote myśli już teraz na wielu forach oraz rozbawiarkach typu kwejk stawiają ją w jednym rzędzie z takimi wyroczniami jak Doktor House, Shrek, Franz Maurer czy Simba…
Tytułem podsumowania jedna z pereł, zaczerpnięta z burzliwego dialogu, w którym notorycznie zastraszana kobiecinka sugeruje, iż normalni ludzie, w normalnych okolicznościach, to przecież…. Gemma Teller przerywa jej w pół słowa i powiada: - You don’t have a normal life, baby. You have THIS one.
Poezja.

Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.
Vancouver, BC