Vancouver, BC
Koniec sprawy Dziekańskiego?
Od śmierci Roberta Dziekańskiego na vancouverskim lotnisku minęły ponad cztery lata. Lata pełne emocji i niekończących się dyskusji nad winą funkcjonariuszy RCMP bezpośrednio odpowiedzialnych za śmierć polskiego turysty. 6 grudnia 2011 media niespodziewanie doniosły o wyznaczeniu dat rozpraw sądowych przeciwko czterem policjantom, którzy w październiku 2007 wzięli udział w feralnej interwencji. Kwesi Millington, Gerry Rundell, Benjamin Robinson i Bill Bentley po raz kolejny staną więc przed sądem, choć przyznać trzeba, że perspektywa jest to dość odległa, gdyż przesłuchania z ich udziałem zaplanowano na październik 2012 oraz kwiecień i listopad roku 2013…

Jedno z ostatnich zdjęć Roberta Dziekańskiego, tuż przed atakiem policjantów z RCMP.
Wiele osób ma wątpliwości, czy to nadal jest sprawa o zabójstwo Dziekańskiego. Bo z formalnego punktu widzenia, to raczej już nie. Czterej funkcjonariusze RCMP odpowiadać będą jedynie za składanie nieścisłych zeznań i mataczenie. Tylko tyle, czy aż tyle? Trudno to ocenić. Z pewnością ci, którzy nadal poszukują sprawiedliwości w sprawie pozbawienia życia polskiego turysty nie będą zbytnio usatysfakcjonowani. Wszak w międzyczasie zakończyła obrady słynna Komisja Braidwooda, która była jedyną nadzieją na ukaranie funkcjonariuszy. Zaraz potem komisja dyscyplinarna RCMP przyjęła zgodne wyjaśnienia o jak najbardziej zasadnym użyciu paralizatora. O takiej też treści oświadczenie wydała niedługo później. Na wielki finał matce zabitego mężczyzny, Zofii Cisowski przyznano sowite odszkodowanie, choć wielu komentatorów uznało to jedynie za sposób na zatkanie ust opinii publicznej i wyciszenia sprawy.
Wróćmy jednak do samego początku. Do tragedii doszło 13 października 2007 roku. Robert Dziekański przyleciał tego dnia do matki, od wielu lat mieszkającej w Kanadzie. Wylądował w Vancouver, gdzie czekała go jeszcze tylko rutynowa kontrola celna oraz odprawa w biurze imigracyjnym.
- Czekałam na niego przy odprawie bagażowej przez kilka godzin, ale on wciąż nie przychodził. Około godziny 22.00 powiedziano mi, że mam iść do domu, bo syna jednak nie ma, ponieważ pomylił lot. Wsiadłam więc do auta i pojechałam do domu, 400 km od Vancouver - opowiada pani Zofia.
Okazało się, że Robert wylądował zgodnie z planem. Ale ponieważ nie znał dobrze języka angielskiego, podczas kontroli nie mógł porozumieć się z policjantami. Nie wiedział, czego chcą od niego Kanadyjczycy. Nie rozumiał pytań, nie potrafił też wyjaśnić celu swojej wizyty, skądinąd całkowicie zgodnego z prawem. Zdenerwował się, zaczął się niecierpliwić, pokrzykiwać. W oczekiwaniu na tłumacza, długie godziny spędził zamknięty w jednym z rozlicznych pomieszczeń służb celnych vancouverskiego lotniska. Gdy w kolejnym nerwowym ataku rzucił jednym z krzeseł, wezwano policję. Czteroosobowa grupa pod dowództwem posterunkowego Millingtona obezwładniła polskiego turystę przy pomocy paralizatora. Niestety Robert Dziekański nie przeżył tych, podobno rutynowych i przepisowych działań vancouverskich funkcjonariuszy.
Kadr z amatorskiego nagrania, przypadkiem zarejestrowanego podczas akcji RCMP wobec Dziekańskiego.
W grudniu 2008 roku, po trwającym ponad rok wewnętrznym śledztwie RCMP posterunkowi Kwesi Millington, Bill Bentley i Gerry Rundel oraz kapral Benjamin Robinson, zostali uwolnieni od zarzutu o umyślne spowodowanie śmierci Dziekańskiego. Ich działania uznano za regulaminowe, zasadne i adekwatne do zagrożenia, jakie zastali w sali przylotów. Polaka zgodnie uznano za niebezpiecznego i uzbrojonego. Choć w toku dalszego śledztwa bronią okazał się zszywacz biurowy, w chwili ataku trzymany przez Dziekańskiego w ręku...
Sędzia Braidwood wkracza do akcji
W ponad dwa lata po śmierci Roberta Dziekańskiego kanadyjska opinia publiczna nadal była niezwykle poruszona. Kraj, który od lat cieszył się opinią miejsca bardzo przyjaznego imigrantom, nagle zaczął kojarzyć się źle. Rządowa komisja pod przewodnictwem sędziego Thomasa R. Braidwooda, w maju 2008 rozpoczęła więc publiczne dochodzenie mające na celu ustalenie prawdziwych okoliczności śmierci Dziekańskiego, ponadto usiłując wpłynąć na decyzję władz w sprawie użycia paralizatorów elektrycznych jako standardowego wyposażenia policji i służb ochrony.
Komisja Braidwooda nie miała niestety uprawnień do decydowania o prawnej sytuacji czterech oficerów vancouverskiej policji. Postępowanie prowadzone przez emerytowanego sędziego miało jedynie na celu zebranie dodatkowych dowodów w sprawie i nakłonienie władz policji oraz instytucji rządowych do wznowienia postępowania przeciwko czterem funkcjonariuszom RCMP. Późniejsze działania komisji zmierzały też do rewizji wyroku z grudnia 2008, kiedy to dowództwo Wydziału Kryminalnego vancouverskiej Królewskiej Policji Konnej ostatecznie oczyściło policjantów z zarzutów, stwierdzając, że wobec agresywnej postawy Polaka działania służb lotniskowych były jak najbardziej uzasadnione, zaś bezpośrednią przyczyną zgonu był stres, słaba kondycja psychiczna, fobia przed lataniem oraz fakt spożycia przez Dziekańskiego znacznej ilości alkoholu. Sugerowano również arytmię i inne zaburzenia mięśnia sercowego.
Kolejnym krokiem było nieoficjalne wysłanie do Polski funkcjonariuszy policji, którzy – zdaniem adwokata matki Dziekańskiego, Zofii Cisowski – usiłowali zdobyć kompromitujące dowody, pogrążające osobę Dziekańskiego, stawiające go w niekorzystnym świetle i tym samym, potwierdzające wersję władz policji. Tak też się stało. Zdaniem komisji Braidwooda materiał dowodowy przywieziony z Polski był manipulowany, stronniczy i absolutnie niezbieżny z istotą sprawy. Filmy nakręcone w biednych dzielnicach Śląska, rozmowy z rzekomymi znajomymi zmarłego czy inne próby stwierdzenia jego rzekomo chmurnej, alkoholowej i awanturniczej przeszłości nijak nie miały się do zdarzeń z vancouverskiego lotniska 13 października – można było przeczytać w ostatnim oświadczeniu komisji Braidwooda.
Komisji udało się wydobyć na światło dzienne fakt, że czterej oficerowie nie byli sytuacją zaskoczeni i jeszcze w drodze do miejsca zatrzymania Dziekańskiego ustalili między sobą, że w przypadku oporu podczas aresztowania będą używali paralizatora „aż do skutku”. Podczas przesłuchań Millington zaprotestował przeciwko kwalifikacji tej interwencji jako działań z premedytacją. – Nie trzeba się namawiać, by wiedzieć, że w podobnych przypadkach paralizator jest jedynym środkiem zaradczym, a jego użycie należy do ścisłych, normalnych procedur pracy policji… - stwierdził podczas przesłuchania wstępnego. Ta argumentacja została przyjęta przez śledczych i bez wątpienia przyczyniła się do oddalenia zarzutu o działanie umyślne i zaplanowane. Do dziś w raporcie policyjnym pozostaje zapis o zasadnym i zgodnym z regulaminem użyciu paralizatora wobec stawiającego opór i niezwykle agresywnego Polaka.
Spóźnione orzeczenie
Po dwóch latach od zdarzenia Komisarz ds. Skarg Przeciwko RCMP (Królewskiej Kanadyjskiej Policji Konnej) Paul Kennedy złożył ostateczne oświadczenie w sprawie odpowiedzialności czterech funkcjonariuszy, którzy 15 października 2007 doprowadzili do śmierci polskiego turysty Roberta Dziekańskiego.
- Wszystko, co zrobili było nieprawidłowe i sprzeczne z przepisami – stwierdził Kennedy – użycie paralizatora było przedwczesne, nieuzasadnione i absolutnie niedopuszczalne. Polski turysta nie został pouczony ani ostrzeżony, a ocena sytuacji pozostawiała wiele do życzenia. Nie zrobiono nic, by rozładować napiętą sytuację i doprowadzić do pokojowych rozwiązań. Nieprzytomnemu turyście nie udzielono pierwszej pomocy, nikt nie zainteresował się nawet stanem jego zdrowia…
Niestety, roczny okres przeznaczony na postępowanie dyscyplinarne wobec funkcjonariuszy policji upłynął przed opublikowaniem raportu Kennedy’ego, dlatego też nie spowodował żadnych kar dyscyplinarnych wobec policjantów zamieszanych w śmierć Dziekańskiego.

Górny rząd, od lewej: Kwesi Millington i Bill Bentley, dolny rząd: Gerry Rundell i Benjamin Robinson
Żaden z czterech funkcjonariuszy…
… powiązanych ze śmiercią Dziekańskiego nie pracuje już na vancouverskim lotnisku, chociaż wszyscy pozostali w szeregach policji.
24-letni Bill Bentley, najmłodszy z całej czwórki, po tragicznym incydencie z Robertem Dziekańskim został przeniesiony do prac biurowych towarzyszących przygotowaniom do zimowej Olimpiady Vancouver 2010.
48-letni dziś Gerry Rundel, były hodowca ryb z Wyspy Vancouver przystąpił do służby w policji stosunkowo niedawno i w chwili zajścia na lotnisku miał tylko dwuletnią praktykę w pracach RCMP. Ze względu na krótki staż w policji, pełnił on funkcje patrolowe i porządkowe – zeznał podczas przesłuchań. Podczas zajścia trzymał się z boku, niejako w odwodzie, dopiero potem został wezwany przez swoich kolegów do założenia kajdanek prawdopodobnie konającemu już Polakowi. W trakcie dochodzenia uznano go za najbardziej obiektywnego i najbardziej przydatnego dla śledztwa. Przeniesiony do służby na Vancouver Island.
Kwesi Millington, 32, posiadacz dyplomu z marketingu Ryerson University w Toronto, w policji od 2004, był tym, który pięciokrotnie użył paralizatora w stosunku do Dziekańskiego. Po tragicznym zdarzeniu został przeniesiony do pracy biurowej w Ontario.
Benjamin Robinson, który ukończył Trinity Western University w Abbotsford, B.C., w chwili zdarzenia od 13 lat pełnił służbę w policji, będąc oficerem najstarszym stażem z całej czwórki. Według dochodzenia komisji Braidwooda był już wcześniej uwikłany w nieuzasadnione użycie paralizatora oraz bójkę. Po sprawie Dziekańskiego przeniesiony, podobnie jak Bentley, do przygotowań systemów ochronnych Olimpiady 2010.
Niestety, wkrótce potem kolejne zdarzenie położyło się cieniem na policyjnej karierze Robinsona. W październiku 2008 stanął on przed zarzutem prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu i spowodowania wypadku, w którym śmierć poniósł 21-letni Orion Hutchinson. Jadący przepisowo motocyklista został potrącony przez Jeepa należącego do kaprala Robinsona. Rozległe obrażenia organów wewnętrznych stały się przyczyną natychmiastowej śmierci mężczyzny.
Tuż po zdarzeniu, jeszcze przed oficjalnym śledztwem, policja z Delta BC podała wszystkie okoliczności wypadku (wraz z nazwiskiem sprawcy) do publicznej wiadomości. - Zdecydowaliśmy się na takie niestandardowe rozwiązanie wobec wyjątkowej szkodliwości czynu – mówi rzecznik policji w Delta B.C. Sharlene Brooks. – Równolegle wystąpiliśmy do Wydziału Kryminalnego policji w Vancouver o wszczęcie oficjalnego dochodzenia przeciwko kapralowi Robinson.
Do dziś, poza czasowym zatrzymaniem prawa jazdy, kapral Robinson nie doświadczył żadnych poważniejszych prawnych konsekwencji. Jego sprawę badał Wydział Spraw Wewnętrznych Policji BC, ten sam, który rok wcześniej uwolnił czterech policjantów od zarzutu spowodowania śmierci Roberta Dziekańskiego. Wobec braku dowodów oraz zgodności zeznań, śledztwo nie doczekało się rozwiązania.
Przypadek Dziekańskiego…
… zwrócił uwagę opinii publicznej na brutalność policji. Stał się także poważnym argumentem w dyskusji nad bezpieczeństwem paralizatora. Ale to nie przypadek odosobniony. W maju 2009 Amnesty International opublikowało raport w którym stwierdza, że jak dotąd w Kanadzie miało miejsce przynajmniej 26 przypadków (w USA ponad 330) użycia paralizatora ze skutkiem śmiertelnym.

photo: Brett Beadle
Oficjalne zakończenie sprawy miało miejsce 1 kwietnia 2010 podczas konferencji prasowej na vancouverskim lotnisku, gdzie Gary Bass, zastępca Komisarza RCMP (na zdjęciu po lewej) złożył w imieniu policji oficjalne przeprosiny wobec Zofii Cisowski, matki Roberta Dziekańskiego, która zaakceptowała finansowe odszkodowanie, a tym samym zgodziła się na wycofanie pozwów, jakie dotąd złożyła przeciwko władzom federalnym, prowincjonalnym oraz indywidualnie, wobec czterech funkcjonariuszy – bezpośrednich uczestników zajścia.
Jeszcze się tylko chłopacy w 2013 roku wytłumaczą z kilku drobnych, proceduralnych kłamstewek, ale raczej nie oznacza to powrotu do roztrząsania po raz kolejny samych okoliczności śmierci Dziekańskiego, gdyż w kwestiach merytorycznych, ściśle dotyczących przebiegu zajścia, wszelkie decyzje oraz wyroki już zapadły.
Czyli po sprawie.
Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.
Vancouver, BC