Vancouver, BC
Nie wiem, czy poczułem coś nadzwyczajnego, gdy wieczorową porą Litza, za pośrednictwem profilu Luxtorpedy, napisał na Facebooku: wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. I dodał link z wiadomością o śmierci Steve’a Jobsa. Może nie od razu zrozumiałem. Chyba najpierw pomyślałem, że Robert znów uderza w religijny ton i że ten wieczny odpoczynek, to jakoś tak średnio mi konweniuje z dziarskim i rebelianckim imagem zespołu. A potem dotarło.
Daleki jestem od stwierdzeń typu od zawsze śledziłem dokonania Steve’a Jobsa, kibicowałem jego genialnym projektom i niecierpliwie wyczekiwałem nowych produktów ze stajni Apple. Nie śledziłem, nie kibicowałem, a już na pewno nie wyczekiwałem. Z własnego wyboru znajdując się tak trochę na obrzeżach świata elektronicznych i medialnych technologii, pierwszego laptopa (i zarazem pierwszy komputer) sprawiłem sobie przed czterdziestką. I nawet przez pierwsze miesiące nie podłączałem go do Internetu, bo takiej opcji niestety nie było w mojej garsonierze przy Sierpnia ’80 (dawniej Hanki Sawickiej).
Zaś Apple to zawsze była dla mnie firma Beatlesów, której logo pierwszy raz zobaczyłem w późnym dziecięctwie, na winylowej wersji Białego Albumu, kupionego w komisie na Prusa, za pieniądze wyjęczane od Babci.
Oczywiście, jako obywatel świata wyposażony w umiejętność pisania oraz czytania, z grubsza wiedziałem, że Jobs stoi na czele wielkiej korporacji o niebagatelnym znaczeniu. Natomiast do niedawna najbardziej kojarzył mi się on z serią prezentowanych na komixxy.pl historyjek obrazkowych, z reguły traktujących o niebotycznych majątkach Jobsa oraz jego komixxowego partnera Billa Gatesa. Z pokorą przyznaję się do swojego w tej materii dyletanctwa. Od wczoraj nadrabiam zaległości i powoli dociera do mnie tak zwana powaga sytuacji oraz doniosłość jobsowych dokonań.
No i przede wszystkim szkoda chłopa. Tak jak szkoda każdego, kto przedwcześnie opuszcza ten łez padół. Niestary, pogodny, pozbierany i – co u rekinów finansjery i przemysłowych magnatów raczej nieczęste – uduchowiony, z tak zwanym życiem wewnętrznym.

Jego śmierci nie rozpatruję natomiast w kategoriach dramatu ludzkości, co jest od wczoraj nieodłącznym elementem większości medialnych komentarzy. Bo Steve Jobs to nie jakaś matka dzieciom, która odeszła, pozostawiając pacholęta na pastwę złego świata. Przeciwnie. Jobs zostawił swój świat w jak najlepszym porządku i w kondycji do pozazdroszczenia. Poza tym jego spadkobiercy i współpracownicy będą kontynuować dzieło Steve’a, toteż o losy iPada 8 czy też iPhona 12 jestem dziwnie spokojny. Nie w tym rzecz. Bo paradoksalnie dopiero śmierć Jobsa pozwala (i w sumie to nawet każe) spojrzeć na jego dzieło w szerszym ujęciu.
Zostawić coś po sobie, zapisać się w pamięci potomności to takie raczej puste frazesy, ale także ambicja niejednego z nas. Kilka książek, tablica pamiątkowa czy wzmianka w encyklopedii, tudzież innym leksykonie – to się w sumie da zrobić, choć – co tu kryć – większość przechodzi przez życie niezauważona.
Choć w mojej prywatnej karierze obyłem się – nie licząc kilku iPodów – bez apple'owych zabawek, to zgadzam się z porównaniami, których nie szczędzą media. Magik, geniusz, wizjoner, Leonardo da Vinci naszych czasów… Biorąc pod uwagę spuściznę po Jobsie, są to hasła nie bez pokrycia w faktach. I chyba jest nad czym piać, bo choć dni i lata naszej cywilizacji są zdecydowanie policzone, to nie ulega wątpliwości, że cały ten pokojowy arsenał, który wyszedł spod ręki Jobsa pozostanie z nami do samego końca.
Bez wielkich słów.
Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.
Vancouver, BC