bliżej świata

Vancouver, BC

  • 3 stycznia 2012
  • świat
  • obyczaje
  • opinie
  • ludzie
  • stare dzieje
  • wizjer
  • wszystko gra
  • powieść odcinkowa
  • o autorze
  • kontakt
  • archiwum
    • za trzy dni okupacja...
    • chrobry rozrabiaka
    • warchlaki w vancouver
    • tu nie będzie rewolucji
    • to dziki kraj
    • nie ma winnych...
    • dzieje jednego zdjęcia
    • panie szofer, gazu
    • pięć pięćdziesiąt się należy
    • helloween
    • tajemnica hycroft mansion
    • powieść (odcinek 1)
    • Pierwsze kary dla...

tu nie będzie rewolucji?

Już w dwa dni po rozpoczęciu globalnych protestów bilans konsekwencji jest frapujący i poniekąd zatrważający. 135 rannych w Rzymie i poważne rozruchy na ulicach Londynu, Amsterdamu i Madrytu, by wymienić tylko kilka z prawie tysiąca miast, w których doszło do demonstracji pod hasłem Occupy Together. Jedni lekceważą sobotnie zajścia, inni upatrują w nich początku globalnej rewolucji ekonomicznej. Nasuwa się pytanie, czy temperatura wystąpień w poszczególnych krajach oraz miastach oddaje prawdziwy stopień frustracji społecznych. Furia i determinacja uczestników oblężenia Wall Street od miesiąca nie słabnie. Wydarzenia we Włoszech mówią same za siebie. Polskie społeczeństwo – zdaniem czołowych polityków - nie ma podstaw do oburzenia, stąd też słaba, by nie powiedzieć nikczemna reakcja na światową falę demonstracji. Kanada włączyła się do fali protestów z należytą powagą i zaangażowaniem, ale także ze swoistym dystansem i wdziękiem…

photo: Jacek Pałka, copyright Bliżej Świata, 2011

 Jeden z amerykańskich aktywistów Occupy Together w swoim facebookowym profilu przedstawił krótki bilans sobotnich wystąpień i manifestacji. Na pierwszy – nomen omen – ogień poszły zdjęcia płonących samochodów we włoskiej stolicy. Potem wściekłe oblicza zmęczonych i sfrustrowanych demonstrantów z Wall Street. Następnie bardzo podobne w swojej wymowie obrazki z Londynu, Madrytu, Bostonu i Berlina. Ulice spowite kłębami dymu, wybite brukowcami szyby, wściekły tłum, flagi, hasła, barierki, kordony policji i wszechobecne napięcie. Na wielki finał, z dopiskiem Tymczasem w Kanadzie otrzymujemy zdjęcie roześmianego policjanta, który uchyla się przed strugą wody z zabawkowego water-guna, w tym samym czasie oblewając inne rozbrykane dzieciaki z trzymanego w ręku pomarańczowo – seledynowego karabinu. I choć fotka pochodzi nie z sobotnich zdarzeń, a z sierpniowej Pride Parade, to… coś w tym jest.

     

Demonstracje pod hasłem Occupy Canada odbyły się w ponad 20 kanadyjskich miastach. W Toronto, gdzie mieści się największa kanadyjska giełda oraz siedziby największych banków, przez dzielnicę finansową w centrum miasta przeszło ponad trzy tysiące demonstrantów, którzy po kilkugodzinnym wiecu przenieśli się ze swoimi namiotami oraz śpiworami do okolicznych parków.

Organizatorzy Occupy Toronto, a przede wszystkim przedstawiciele władz odetchnęli z ulgą. Nie sprawdził się bowiem czarny scenariusz, brany pod uwagę po tragicznych zajściach z czerwca 2010, kiedy to podczas szczytu G20 zdemolowano centrum miasta, a demonstranci przez wiele godzin toczyli zaciekłe boje z siłami policji. Podobnie dramatycznie zakończył się finał Stanley Cup 2011 w Vancouver (więcej szczegółów w materiale Nie ma winnych, wszyscy święci, prezentowanym w dziale Obyczaje).

       

Tymczasem sobotnie wydarzenia w Vancouver chwilami przypominały rodzinny piknik. Bo choć temperatura wiecu, w którym wzięło udział blisko pięć tysięcy mieszkańców niekiedy podnosiła się do górnych rejestrów, to gołym okiem widać było, że tym razem akcja nie przeniesie się na ulicę, nie zapłoną sklepy ani samochody, a demonstranci nie spotkają się bezpośrednim zwarciu z policyjnymi siłami.

- Jakieś to takie niepoważne – z silnym wschodnim akcentem stwierdził w pewnej chwili jeden z gapiów, oddalając się spod vancouverskiej Art Gallery, gdzie w samo południe zebrali się demonstranci.

 Ano, może nie tyle niepoważne, co takie bardzo kanadyjskie – chciałoby się powiedzieć. Nie można co prawda kwestionować powagi haseł wypisanych na sztandarach i transparentach. Nie można odmówić racji, zaangażowania i dobrej woli dziesiątkom prelegentów, którzy ze schodów galerii wyrażali swoje zaniepokojenie i frustrację. Nikt nie wątpi też w rewolucyjnego ducha tysięcy zebranych, których połączyła wspólna sprawa, gniew na babilońskie porządki tego świata, a przede wszystkim chęć zmian.

Ale... tuż obok przygrywał big band seniorów, skupiając wokół siebie coraz więcej tańczących i najwyraźniej spragnionych dobrej zabawy widzów. Nie wiedzieć kiedy, w stronę Robson Street, przy dźwiękach kolejnej orkiestry wystrzelił kolejny, barwny pochód, tym razem pod hasłem Stop Factory Farms.

Roześmiane dzieci, drum circles, stragany, kiełbaski, popcorn, balony, heca, heca, fun, fun, fun – z całym szacunkiem dla głównego przesłania sobotniej demonstracji, tak to mniej więcej wyglądało na obrzeżach rozentuzjazmowanego tłumu w centrum Vancouver. Nieco później, wielu uczestników demonstracji spotkaliśmy w pobliskim Bayu lub McDonaldzie, co pewnie nie świadczy o braku szczerości ich rewolucyjnych intencji, ale pewną wymowę posiada, nieprawdaż.

     

O sielskiej, choć nie błahej atmosferze demonstracji świadczyć może też sympatyczny obrazek, jaki zaobserwowaliśmy po drugiej stronie ulicy. Gdzie dwaj funkcjonariusze lokalnej policji, najwyraźniej spokojni o bezpieczeństwo oraz losy zgromadzenia, dyskretnie pykali sobie w nożyce – kamień – papier, skądinąd bardzo uznaną i inteligentną grę.

Zdaniem niektórych ekspertów, wyjątkowo spokojny, cywilizowany i wolny od napięć przebieg sobotnich demonstracji poniekąd daje się tłumaczyć całokształtem realiów polityczno – ekonomicznych w spornych dziedzinach. Kanadyjskie banki nie były bowiem zbyt intensywnie zaangażowane w papiery powiązane z rynkiem nieruchomości, nie udzielały też zbyt łatwo kredytów hipotecznych i w dobrej kondycji przetrwały kryzys po upadku amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers w 2008 roku, w związku z czym raczej nie potrzebowały pomocy ze strony rządu. Ich dalsza polityka nie dotknęła też zbyt dotkliwie kanadyjskiego społeczeństwa.

Jednak protestujący podkreślali, że w Kanadzie drastycznie rośnie przepaść między bogatymi a biednymi, że zbyt wiele władzy i pieniędzy trafiło w ręce najbogatszych. W samym Toronto łatwo zauważyć, że gwałtownie maleje obszar miasta zamieszkały przez osoby o średnich dochodach. Już w 2007 r. profesor David Hulchanski z University of Toronto poświęcił temu zagadnieniu specjalne badania oraz serię publikacji. Wynika z nich, że obszar Toronto zamieszkany przez średniozamożne rodziny skurczył się w okresie 1975 - 2005 z 66 procent do zaledwie 29.

Choć bardzo rzadko wspomina się o tym drobnym szczególe logistyczno – organizacyjnym, śmiało można powiedzieć, że idea, która legła u podstaw ruchu Okupuj Wall Street, przenosząc się do Kanady zatoczyła koło. Jej pomysł powstał bowiem w kanadyjskim niezależnym dwumiesięczniku Adbusters, wydawanym w Vancouver. Redakcja pisma, przyglądając się protestom w Egipcie, była zaskoczona ich siłą, celnością i organizacją. Debaty nad możliwością przeniesienia takiej formy do Ameryki Północnej zakończyły się rozesłaniem do 90 tysięcy osób z listy mailingowej pisma odezwy, zachęcającej do pojawienia się na Wall Street i okupowania tej ulicy 17 września. Skuteczności tej akcji można dopatrywać się w fakcie, że Adbusters ma ponad 100 tysięcy czytelników, z czego około 40 procent w USA.

Wątpliwości organizatorów prezentowane podczas ubiegłotygodniowych mityngów organizacyjnych okazały się uzasadnione. Bo poparcie społeczne oraz stopień zaangażowania demonstrantów okazały się bardzo zróżnicowane. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – ta stara prawda po raz kolejny znalazła swoje odbicie w podsumowaniu sobotnich wystąpień.

Inaczej przedstawiały się zapatrywania demonstrantów od strony chodnikowej, inaczej zaś z perspektywy ciepłej posadki oraz zapobiegawczej i asekuranckiej pisaniny jednego z europejskich korespondentów, którego w sobotę przy Wall Street przede wszystkim uderzyło zmęczenie i zniechęcenie normalnych obywateli, poirytowanych zgiełkiem, ulicznym muzykowaniem, zapachem marihuany, a nawet próbami uprawiania wolnej miłości...

Czytając podobne rewelacje zachodziłem w głowę, czy to głupota, ironia, kompletne dyletanctwo czy też studzienny brak profesjonalizmu.

Normalni i spragnieni świętego spokoju znaleźli się także poza ulicami Nowego Jorku. To są bandy trockistowskie. Jak się tego krwawo nie spacyfikuje, będzie permanentna rewolucja! To wszystko jest najwyraźniej pod jednym dowództwem. Niedługo ujawnią się partyzantki miejskie… - można przeczytać na jednym z polskich forów internetowych poświęconych ruchowi Oburzonych.

Życzyłbym sobie, by z tym skończyć, bo trzeba uderzyć ze stosowną surowością w te zwierzęta - stwierdził w niedzielę burmistrz Rzymu. Cóż, ocena zajść, do jakich doszło na ulicach Wiecznego Miasta wciąż pozostaje niejednoznaczna. Niedziela i poniedziałek minęły w Rzymie pod znakiem wielkich porządków po gwałtownych zamieszkach oraz w atmosferze zażartych dyskusji nad niespotykaną skalą tych starć. Straty szacowane są na miliony euro. Największe zdumienie oraz niezrozumienie spowodowały jednak akty zaciekłego wandalizmu w miejscach sakralnych.

Tradycyjnie nie wiadomo, ile prawdy jest w analizach weekendowych zamieszek, natomiast zwyczajowo podejmowane są próby odarcia ich z ideologicznych pobudek i sprowadzenia do chuligańsko – kryminalnych ekscesów.

Tylko dzięki siłom porządkowym udało się uniknąć ofiar śmiertelnych - ocenił szef włoskiego MSW Roberto Maroni. Jego zdaniem ryzyko było bezpośrednie. Chcę, by sprawcy tej przemocy, prawdziwi kryminaliści, zapłacili za to w przykładny sposób - powiedział minister, który we wtorek w Senacie przedstawi raport na temat sobotnich wydarzeń we włoskiej stolicy.

Prefekt policji Giuseppe Pecoraro oświadczył, że sprawcami tej bestialskiej przemocy były blisko cztery tysiące doskonale przygotowanych wandali i kryminalistów, którzy przybyli do Rzymu, by siać strach i zniszczenie. Mieliśmy do czynienia z zorganizowanymi przestępcami, świetnie zorientowanymi w celach, jakie pragnęli osiągnąć - stwierdził szef policji w odniesieniu do ekstremistów.

Cel uświęca środki - czytamy w oficjalnej odpowiedzi jednego z anarchistów, który tuż po sobotnich zajściach udzielił wywiadu dziennikowi La Repubblica, w którym wyraźnie zadowolony z sobotniego osiągnięcia, opisywał przygotowania podjęte na potrzebę wywołania jak największych zamieszek. Zapewniał, że anarchiści przez rok uczyli się wywoływania burd u greckich towarzyszy i że to jeszcze nie jest koniec wojny. Nie obiecywaliśmy pokojowej demonstracji, bo to nie jest odpowiedź na drapieżną i bezlitosną politykę globalistów, finansistów i bankierów.

Jestem przekonany, że w Polsce nie ma powodów do podejmowania akcji w ramach ruchu oburzenia. Wręcz przeciwnie. Polska jest dzisiaj w Europie, nawet na świecie, podawana jako przykład tego, jak w dobie kryzysu, zawirowań gospodarczych na rynkach finansowych można sobie dobrze radzić - uważa jeden z polityków Platformy Obywatelskiej.

Świetny, oślizgły polityczny bełkot – komentują polscy działacze ruchu Oburzonych. – Ale czego innego można się spodziewać po właśnie wygranych wyborach. Przecież wszystko jest pod kontrolą, a czteroletnie rządy Platformy nie miały prawa doprowadzić do pogorszenia sytuacji polityczno - ekonomicznej, bo nie taka przecież była przedwyborcza propagandowa linia partii.

Inni polscy politycy nie są aż takimi optymistami, jak przedstawiciele PO. Obawiają się też, że to dopiero początek manifestacji wielkiego niezadowolenia na świecie. - W Polsce, póki co niewielu jest oburzonych. Sądzę jednak , że ta fala prędzej czy później do Polski dotrze. Z wielkim zainteresowaniem obserwuję to, co się dzieje globalnie, bo wygląda na to, że jesteśmy świadkami jakiegoś totalnego przełomu w polityce światowej - komentuje Andrzej Rozenek z Ruchu Palikota

PiS jako jedyna siła polityczna nie zabrała dotąd głosu w dyskusji na temat zasadności działań ruchu Occupy Together, zwanego też Oburzonymi, którzy na stronie internetowej nawiązującej do daty wydarzenia (www.15october.net) apelują do ludzi na całym świecie, by wyszli na ulice i place miast i domagali się swoich praw oraz autentycznej demokracji. Podkreślają oni, szczególnie po wydarzeniach w Rzymie, że marsze i debaty przeciwko bezrobociu, nierównościom i cięciom budżetowym mają być pokojowe.

Władze działają w imieniu niewielu, ignorując wolę większości, bez względu na koszty ludzkie i ekologiczne, które musimy ponosić. Trzeba położyć kres tej niedopuszczalnej sytuacji - czytamy na stronie. Oburzeni dodają, że politycy są na usługach elit finansowych, co - trzeba przyznać - nie brzmi aż tak niedorzecznie.

Jak wyjaśnili pionierzy ruchu, hiszpańscy "oburzeni" (czyli członkowie Ruchu 15 maja, od daty pierwszych demonstracji), uczestnicy protestów mają za zadanie domagać się pogłębienia demokracji. Celem jest wywieranie presji na polityków, aby wykonywali pracę, do której powołali ich wyborcy. Organizatorzy protestów domagają się demokratyzacji gospodarki i rządzenia i apelują do obywateli, by ponownie zawładnęli polityką... Ruch obywatelski Oburzonych skupia przede wszystkim ludzi młodych, ale również emerytów, bezrobotnych czy niezadowolonych pracujących. Co szczególnie ważne, Oburzeni nie chcą być utożsamiani z żadną organizacją polityczną, którą to łatę bezskutecznie usiłują im przypiąć komentatorzy ze strony władz. Z kolei media prawicowe i lewicowe poświęcają ruchowi Oburzonych coraz więcej uwagi, a dla wszystkich tempo, w jakim protesty nabierają impetu, jest zaskoczeniem.

Na koniec krótki komentarz, którego udzielił filmowiec Michael Moore. Komentarz, który z dnia na dzień nabiera coraz bardziej realnych kształtów.

Głupotą byłoby lekceważenie tego co się dzieje – twierdzi Moore, sympatyk Occupy Movement. – To jest w sensie dosłownym powstanie. Powstanie ludzi, którzy mają już dość. To już zaczęło się rozprzestrzeniać na inne miasta, a nawet inne kraje. I już się nie zatrzyma. Przyłączą się dziesiątki, a potem setki tysięcy ludzi. A ich zadanie nie jest wcale trudniejsze od wyzwań, jakim stawiali czoła w przeszłości. Większość Amerykanów ma serdecznie dość tego bałaganu, który symbolizuje Wall Street. Mamy więc gigantyczną armię Amerykanów, którzy tylko czekają na kogoś, kto nareszcie coś zrobi. To COŚ właśnie się zaczęło…

 


 

 

Vancouver, 17 października 2011

Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.

Web Hosting by Yahoo!

Vancouver, BC