bliżej świata

Vancouver, BC

  • 3 stycznia 2012
  • świat
  • obyczaje
  • opinie
  • ludzie
  • stare dzieje
  • wizjer
  • wszystko gra
  • powieść odcinkowa
  • o autorze
  • kontakt
  • archiwum
    • za trzy dni okupacja...
    • chrobry rozrabiaka
    • warchlaki w vancouver
    • tu nie będzie rewolucji
    • to dziki kraj
    • nie ma winnych...
    • dzieje jednego zdjęcia
    • panie szofer, gazu
    • pięć pięćdziesiąt się należy
    • helloween
    • tajemnica hycroft mansion
    • powieść (odcinek 1)
    • Pierwsze kary dla...

TO DZIKI KRAJ...

Władze Kolumbii Brytyjskiej planują wszcząć kolejny etap dochodzenia przeciwko założycielowi i szefowi Howling Dogs Tours – lokalnej firmy, która w miasteczku Whistler – jednym z gospodarzy zimowych igrzysk w 2010 - oferowała olimpijskim gościom oraz turystom ekscytujące wycieczki i przejażdżki po jakże malowniczej okolicy. Psie zaprzęgi okazały się strzałem w dziesiątkę i atrakcją nie lada, toteż pieniądze zaczęły płynąć rwącą strugą.

Jednak kilka tygodni później, gdy ostatni goście opuścili już Whistler, biznes zdecydowanie podupadł. Przedsiębiorca nie zamierzał jednak trwonić pieniędzy zarobionych podczas Olimpiady na karmienie, tudzież utrzymywanie darmozjadów, czyli chwilowo nieprzydatnych husky. Problem rozwiązano w sposób niewiarygodny, za to jakże prosty – ponad setkę psów zastrzelono oraz zarżnięto. Bez zastrzyków, tabletek usypiających czy innych sentymentalnych bzdur podwyższających koszta. Jatka odbyła się na terenie psich zagród, na oczach innych husky, które wkrótce potem podzieliły los towarzyszy.

Robert Fawcett podczas zawodów Incredible Skijoring - the Purina Dog Challenge w Whistler. Styczeń 2010

Nie chciałbym tu epatować Szanownych Czytelników okrucieństwem i mrożącymi krew w żyłach opisami, ale też – zdaniem policjantów, prokuratorów oraz rzeczoznawców badających okoliczności zdarzenia - była to jedna z najbardziej ohydnych zbrodni, nie tylko w dziejach Kolumbii Brytyjskiej, ale również całej Kanady. Precyzyjnych opisów i szczegółów zajścia dostarczył po czasie sam wykonawca. Robert Fawcett, właściciel firmy oskarżony o dokonanie masakry, doskonale znał zamordowane przez siebie zwierzęta. Ogromną większość z nich doglądał od urodzenia, osobiście nadawał im imiona i pielęgnował aż do 21 kwietnia 2010, kiedy zapadła decyzja o ich zamordowaniu. Do tego feralnego dnia przebywał z nimi prawie non stop, tworząc – jak sam twierdził – aurę miłości i zaufania.

W pierwszych dniach kwietnia Fawcett rzekomo skontaktował się z lokalnym weterynarzem, prosząc go o uśpienie zwierząt. Gdy ten jednak odmówił uśmiercenia stu zdrowych psów, Fawcett wziął sprawy w swoje ręce. I tak, 21 kwietnia 2010 z samego rana, uzbrojony w karabin oraz nóż przystąpił do jatki. Pierwszą piętnastkę zabił w miarę bez komplikacji, dopiero potem wśród pozostałych psów wybuchła panika, która skutecznie uniemożliwiła mu dalsze działania. - Musiałem strzelać po kilka razy, używać noża, dobijać ranne zwierzęta oraz gonić te, które oszołomione i zaledwie draśnięte rozbiegły się po całym obejściu – zezna potem Fawcett.

Dochodzenie rozpoczęło się dopiero w lutym 2011, DZIESIĘĆ MIESIĘCY po masakrze, choć informacje o tym, co zdarzyło się w Whistler trafiły do mediów niemal natychmiast, kiedy jeszcze trwała olimpijska gorączka. Fawcett uciął wówczas krążące plotki przy pomocy zwięzłego oświadczenia, w którym przyznał, że w istocie około 50 psów zmuszony był poddać eutanazji, gdyż były zbyt chore, zbyt stare oraz niezdatne do adopcji. Tym samym sprawa przyschła na prawie rok.

Szefowa BC SPCA (British Columbia Society for Prevention of Cruelty to Animals) Marcie Moriarty, która od lutego 2011 bada sprawę, zwraca uwagę na kuriozalną okoliczność dotyczącą tej sprawy. Okoliczność, którą można by uznać za groteskę lub ironię, gdyby nie fakt, że dotyczyła tak potwornej zbrodni. Otóż dochodzenie na dobre rozpoczęło się dopiero gdy Robert Fawcett publicznie zaczął uskarżać się na dolegliwości natury nerwicowej oraz stres pourazowy, jaki niewątpliwie spowodowany był wykonywaną przez niego pracą i koniecznością zabicia swoich podopiecznych. W związku z czym wystąpił do Zarządu Rady Rekompensat Pracowniczych o odszkodowanie za poniesione straty moralne i związane z nimi komplikacje zdrowotne.

Szczegółowe badania trwające do końca czerwca 2010 pozwoliły ustalić, że pacjent w istocie cierpi na ataki paniki, bezsenność, drażliwość, podenerwowanie oraz stany depresyjne od kiedy zmuszony był, w ramach obowiązków zawodowych, pozbyć się swoich stu podopiecznych. Członkowie komisji badającej przypadek Fawcetta stwierdzili, że miejsce miało nieoczekiwane i wysoce traumatyczne zdarzenie, mające związek z warunkami oraz okolicznościami wykonywanej pracy.

I odszkodowanie przyznali...

Podczas rozmów towarzyszących procedurom odszkodowawczym Robert Fawcett z zimną precyzją opisywał proces pozbywania się psów. Przyznał, że w wielu przypadkach polegało to na strzale w głowę zwierzęcia, jednak zdarzało mu się chybiać, toteż niekiedy był zmuszony do ponownego użycia broni. - Susie, suka, która od lat mieszkała w naszym domu, z wyrwanym policzkiem uciekała po terenie farmy, ale dogoniłem ją i dobiłem kolejnym strzałem – czytamy w jednym z fragmentów złożonych przez Fawcetta wyjaśnień. - Dobijając Susie, postrzeliłem Pokera – kolejnego ulubieńca rodziny. Niestety niecelnie, co było do przewidzenia w rozgardiaszu, jaki zapanował po śmierci Susie, w obronie której stanęło kilkanaście innych zwierząt. Poker został więc gdzieś na uboczu, gdzie konał przez piętnaście minut. Musiałem jednak biec za kolejnymi uciekającymi psami, bo pomimo planu jaki opracowałem rano, sytuacja powoli zaczynała wymykać się spod kontroli.

21 kwietnia zginęło 55 psów. Dalszy ciąg porządków odłożył Fawcett aż na 23 kwietnia, decydując że po takim natłoku wrażeń musi zrobić jednodniową przerwę. – Już wtedy czułem, że to odchoruję – stwierdził jakiś czas potem. – Ale nie mogłem przecież zostawić tej sprawy tak połowicznie załatwionej...

W drugim dniu masakry działania Fawcetta były już nieco bardziej zorganizowane i metodyczne. – Moje psy, pomne wcześniejszych zdarzeń nie były już ufne, przeciwnie – atakowały mnie gdy tylko próbowałem się zbliżyć. Musiałem obwiązać ramiona grubą warstwą pianki, która chroniła mnie przed ugryzieniami. Aby nie pudłować, jak to miało miejsce pierwszego dnia, przewracałem zwierzęta na ziemię i przytrzymywałem nogą, a dopiero potem oddawałem strzał.

Z wydarzeń jakie miały miejsce drugiego dnia, Fawcett szczególnie wspomina kolejnego swojego ulubieńca - sukę imienienem Nora, która niespodziewanie wydostała się z masowego grobu, do którego Fawcett wrzucał ją 20 minut wcześniej. - Z roztrzaskaną czaszką i gałkami ocznymi zwisającymi po obu stronach głowy, próbowała uciekać, do czego nie mogłem dopuścić. Dobijając Norę, straciłem na chwilę czujność, co wykorzystał Barney, który skoczył mi na plecy i usiłował ugryźć. Było za blisko na strzał, ale sięgnąłem po nóż i poderżnąłem mu gardło.

Co najmniej kilka psów trafiło do masowego grobu, gdy jeszcze żyły. Widząc to Fawcett strzelał ponownie lub schodził do dołu i dobijał ranne zwierzęta nożem. Jakiś czas potem, stając przed komisją rozpatrującą jego wniosek o odszkodowanie, przyznał, że ze względu na charakter i okoliczności zajścia, metody jakimi posługiwał się zabijając zwierzęta można określić jako execution style.

- To jakieś szaleństwo, że ten człowiek otrzymał odszkodowanie, o jakie wystąpił – komentuje Moriarty. – I że za podstawę do wypłaty rekompensaty posłużyły jego własne zeznania, pełne potwornych szczegółów i opisów dokonanej zbrodni. To skandal, że wobec tak oczywistych dowodów oraz okoliczności zdarzenia udało mu się też przerzucić odpowiedzialność na innych.

Tu bowiem kryje się odpowiedź na pytanie nasuwające się pewnie wielu obserwatorom tej niezwykłej sprawy. Jak, wobec tak ohydnej zbrodni, udało się Robertowi Fawcett uniknąć jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej? Po pierwsze, z formalnego punktu widzenia, był on jedynie podwykonawcą jednego z wielu turystycznych przedsięwzięć koordynowanych podczas zimowych igrzysk przez Outdoor Activities Inc., która wkrótce po podpisaniu kontraktu przejęła pełną kontrolę nad firmą Fawcetta. Szefowie korporacji, po zakończeniu zimowych igrzysk rzekomo wydali mu polecenie pozbycia się części zwierząt, motywując swą decyzję racjami natury ekonomicznej.

Po drugie, wiosną ubiegłego roku kilkakrotnie kontaktował się on z vancouverskim oddziałem SPCA (odpowiednikiem polskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami), sygnalizując kłopoty z nadmierną ilością zwierząt, które są częściowo schorowane oraz w podeszłym wieku. Do konfrontacji jednak nie doszło, bo gdy sytuacja dojrzała do wizyty pracownika SPCA w Whistler (gdzie nadal mieści się siedziba firmy niegdyś kierowanej przez Fawcetta), właściciel psów zerwał kontakt, informując, że jest na dobrej drodze do znalezienia swoim podopiecznym nowych domów.

- Było to bardzo prawdopodobne wyjaśnienie – komentuje Moriarty - bo tak też w istocie kończy wiele psów niezdolnych do dalszej pracy w zaprzęgach albo na farmie. Dożywają spokojnej starości przy rodzinie właścicieli, albo u zaprzyjaźnionych znajomych, w ostateczności trafiają do adopcji lub schroniska. Z drugiej strony nasz pracownik nie sprawdził otrzymanych od Fawcetta informacji, co też było pewnego rodzaju niedopatrzeniem.

Wiosną tego roku policja oraz SPCA zdecydowały o rozpoczęciu dochodzenia. Początkowo opierano się jedynie na oświadczeniach samego Fawcetta oraz jego zeznaniach przed WorkSafeBC, wspomnianym wcześniej organem, który orzekał w kwestii odszkodowania dla zabójcy psów. W lipcu 2011 okazało się, że przed sformułowaniem zarzutów o bestialskie traktowanie oraz niewłaściwy sposób przeprowadzenia procedur eutanazyjnych, potrzebna będzie ekshumacja ciał zabitych zwierząt.

Odnalezienie zbiorowego grobu zabitych husky okazało się trudniejsze, niż przypuszczano. Miejsce zakopania zwierząt zostało bowiem dokładnie zamaskowane przy pomocy śmieci, starych mebli oraz gruzu. Trudności zaczęły się więc piętrzyć, nie tylko w przenośni, ale również dosłownie. Tylko pierwsza faza dochodzenia kosztowała prawie 300 tysięcy dolarów. Czy było to konieczne?

- Niestety tak – odpowiada Moriarty odpowiedzialna za śledztwo z ramienia SPCA. - Bo w świetle lokalnych przepisów jeden, celny strzał w głowę jest zgodny z tym, co rozumie się przez eutanazję. I nie stanowi podstaw do zarzutu o znęcanie się. By takie oskarżenie sformułować potrzebne są dowody na podrzynanie gardła, użycie noża, szczególne okrucieństwo czy też wielokrotne użycie broni w stosunku do jednego zwierzęcia.

Jeśli nawet takie dowody zostaną dostarczone, to dalsze śledztwo prawdopodobnie obracać będzie się wokół Outdoor Activities, która jest teraz właścicielem niegdysiejszej firmy Fawcetta. Póki co, na szczeblach rządowych emitowane są coraz to nowe oświadczenia, akty żalu i ubolewania oraz zapewnienia dotyczące rychłego zaostrzenia kar dla osób łamiących przepisy o etycznym traktowaniu zwierząt. Politycy i szefowie firm zamieszanych w sprawę biorą na siebie moralną odpowiedzialność, gotowi też są by nieść etyczny ciężar niefortunnych zdarzeń, do których doszło.

Cóż, w tym miejscu cisną się na usta krótkie, żołnierskie słowa, którymi należałoby skwitować wszystkie te korowody i spychologię. Wnioski końcowe pozostawiam jednak pod rozwagę Szanownych Czytelników.

Robert Fawcett, od lipca 2010 pobiera rentę i pod opieką specjalistów leczy skołatane nerwy. Przedstawicielom mediów konsekwentnie nie udaje się żadna forma kontaktu, a jeśli już to z prawnymi przedstawicielami Fawcetta, którzy podtrzymują uprzednio przyjętą linię, według której mężczyznę spotkała patowa sytuacja zawodowa, skutkująca strasznym zdarzeniem, które w dalszej konsekwencji odcisnęło się na jego, i tak nadwątlonej psychice.

Na koniec komentarz niezależnego obserwatora i znawcy branży, Nigela Cunningsa, który na jednym z forów SPCA przedstawił swoje stanowisko. Wynika z niego, że historie o zaprzęgowych psach – emerytach, dokonujących żywota na miękkim posłaniu przy kochającej rodzinie należy wsadzić między bajki. - Małych firm, balansujących na progu opłacalności, nie stać na utrzymywanie zwierząt, które dalej nie mogą pracować – twierdzi Cunnings. – Potrzebne są dla nich leki, lepsze jedzenie, częstsze kontrole lekarskie i masa innych wydatków, na które nie stać właścicieli. A więc nazwijmy rzecz po imieniu – bezużyteczne, chore i stare psy trafiają do dołu w lesie, i dzieje się tak w większości przypadków. Sprawy te jednak nie wychodzą na jaw, bo załatwiane są cicho, bezszelestnie i bez rozgłosu. Przypadek Roberta Fawcetta doczekał się aż takiego upublicznienia tylko dzięki jego kuriozalnemu wnioskowi o odszkodowanie, który to krok prywatnie uważam za dość dziwny, niezrozumiały i mocno niezdrowy.

- Kiedy do moich rąk trafił ośmiostronicowy raport WorkSafeBC, początkowo niewiele mogłam z tego zrozumieć – dodaje Marcie Moriarty. - Do teraz nie mogę się oprzeć wrażeniu, że cała ta historia jest po prostu chora.

Otóż.

 


 

 

Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.

Web Hosting by Yahoo!

Vancouver, BC