bliżej świata

Vancouver, BC

  • 3 stycznia 2012
  • świat
  • obyczaje
  • opinie
  • ludzie
  • stare dzieje
  • wizjer
  • wszystko gra
  • powieść odcinkowa
  • o autorze
  • kontakt
  • archiwum
    • za trzy dni okupacja...
    • chrobry rozrabiaka
    • warchlaki w vancouver
    • tu nie będzie rewolucji
    • to dziki kraj
    • nie ma winnych...
    • dzieje jednego zdjęcia
    • panie szofer, gazu
    • pięć pięćdziesiąt się należy
    • helloween
    • tajemnica hycroft mansion
    • powieść (odcinek 1)
    • Pierwsze kary dla...

happy halloween...

Tajemnica Hycroft Mansion

Kiedym kilka lat temu po raz pierwszy przybył za Ocean, tutejsze obyczaje halloweenowe trochę mnie zaskoczyły. Skłamałbym jednak, że byłem jakoś nadmiernie zaszokowany lub oburzony. Cóż, mając zadymę we krwi oraz skłonność do wszelkiej maści hecy, przyjąłem te wszystkie upiorne scenki i dekoracje za lokalną ciekawostkę. Ciekawostkę nie lada, bo też z niemałą grozą oglądało się w lokalnych przydomowych ogródkach dość naturalnie wyglądające rozkopane groby, dyndających na drzewach wisielców, czy ociekające krwią trolle, które z nożami w plecach i siekierami w dłoniach stały nieopodal, wsparte o świeżo odrąbane kończyny innych zombiaków.

A potem mi to jakby spowszedniało. I choć początkowo dałem się ponieść naukowej pasji i z zapałem godnym lepszej sprawy drążyłem źródła, przyczyny i motywy tych krwawych obrzędów (ubiegłoroczne halloweenowe objawienia mojego autorstwa pomieszczono m.in. tu), to w pewnym momencie dotarło do mnie, że jest to w sumie problem równie doniosły i ważki jak nie przymierzając Walentynki. I naprawdę nie ma się czym przejmować...

Przedhalloweenową gorączkę przyjmuję więc od jakiegoś czasu na tak zwane miękkie bloki. Przyzwyczaiłem się też do faktu, że w okresie bezpośrednio poprzedzającym przełom października i listopada wszystkie możliwe media stają się wybitnie monotematyczne i usiłują nas karmić zdecydowaną makabreską i treściami ze wszech miar upiornymi. Ale nic to. Jednym uchem wpuszczam, a drugim wypuszczam. Jednak, pośród rozlicznych, towarzyszących Halloween farmazonów, jedna z historii szczerze mnie urzekła. Pozwolę sobie więc na jej zaprezentowanie. Tym bardziej że – jak na znanym portalu społecznościowym stwierdziło pewno dziewczę – to mój facebook i mogę tu sobie pisać co chcę. Do rzeczy.

Hycroft Mansion, to piękna, słusznych rozmiarów rezydencja pomieszczona w Shaughnessy – luksusowej dzielnicy Vancouver, od niepamiętnych czasów zamieszkiwanej przez miejskie elity oraz lokalne znakomitości. Posiadłość ta wybudowana została około roku 1900 dla polityka i bohatera wojennego – generała Alexandra Duncana McRae. W późniejszych latach dom wielokrotnie był miejscem rozlicznych spotkań towarzyskich na najwyższym szczeblu, jak również rautów i legendarnych balów sylwestrowych, które gromadziły okoliczną śmietankę towarzyską. Pośród znakomitości odwiedzających Hycroft Mansion znajdowali się członkowie rządu, najprzedniejsi biznesmeni, jak również wielkie gwiazdy światowych scen teatralnych i operowych. Dość częste były także odwiedziny członków Rodziny Królewskiej, bawiących w okolicy ze służbową wizytą. Przeglądanie księgi gości tej niezwykłej posiadłości przypominało lekturę ówczesnego Who’s Who – komentuje jeden z vancouverskich historyków...

Warto wspomnieć, że dom generała McRae znany był z posiadania niezliczonych tajnych pomieszczeń, zamaskowanych przejść, labiryntów i innych architektonicznych smaczków, wykorzystywanych przez rodzinę do ochrony prywatności i przechowywania najcenniejszych rodzinnych pamiątek. Co jeszcze za życia generalskiej pary dostatecznie podsycało wyobraźnię gości oraz personelu Hycroft Mansion...

W 1942 roku generał McRae za symbolicznego dolara przekazał swój dom lokalnym władzom. Za decyzją tą stały względy patriotyczno – obywatelskie, jednak sam generał oraz jego małżonka niechętnie i z wielkim żalem żegnali się ze swoją posiadłością. Wyjeżdżając do Ottawy, przyobiecali rozlicznym znajomym, że będą w te strony wracać z wielką ochotą oraz tak często, jak to tylko będzie możliwe. Cztery lata później generał McRae pożegnał się z tym światem, a jeszcze w tym samym roku dołączyła do niego pani McRae. Jednak wielu obserwatorów późniejszych losów Hycroft Mansion przyznaje, że małżonkowie dotrzymali słowa i jeszcze nie raz gościli w swoim domu…

Jedno z nielicznych zachowanych zdjęć generała McRae oraz jego małżonki, wykonane we wczesnych latach czterdziestych na dziedzińcu Hycroft Mansion.

Podczas drugiej wojny światowej rezydencję zamieniono na szpital dla weteranów, którym pozostawała aż do lat 60-tych, kiedy to posiadłość przeszła na własność Uniwersyteckiego Klubu Kobiet. A teraz do rzeczy.

Pierwsze przypadki niecodziennych zdarzeń zaobserwowano tuż po śmierci generała. Po korytarzach rezydencji powoli przechadzał się starszy gentleman w oficerskim mundurze z czasów pierwszej wojny światowej. Zadumany, smutny, pogrążony w rozmyślaniach, rzadko odzywał się do ówczesnych mieszkańców Hycroft Mansion. Co ciekawe, świadectwo obecności oraz wizyt generała McRae dawali obywatele powszechnie szanowani, słynący z powściągliwości oraz rozwagi, jak również braku skłonności do fantazjowania. A przede wszystkim absolutnie zdrowi na umyśle. Oni też jednogłośnie i bez wahania rozpoznawali w milczącym, markotnym oficerze właśnie generała McRae, pierwszego właściciela domostwa.

Dużo bardziej rozmowna wydawała się być generałowa McRae, która – według zeznań naocznych świadków – zazwyczaj materializowała się w okolicach biblioteki wczesnym wieczorem. I każdorazowo, z wyraźnym zaciekawieniem oraz zdziwieniem pytała napotykanych ludzi, co robią w jej domu skoro ona prawie wcale ich nie zna. Ta niesłychanie wytworna dama, zazwyczaj spowita w kunsztowną, balową kreację, znikała równie szybko, jak się pojawiała.(...)

Do stałych bywalców można też zaliczyć dwóch innych oficerów wysokiej rangi, którzy zmarli jeszcze podczas trwania działań wojennych. Każdorazowo spowici w galowe mundury i pod orderami – tak wspominają ich wystąpienia świadkowie niecodziennych wizyt. Jeden z nich konsekwentnie pojawiał się z drewnianą protezą lewej dłoni, która została amputowana jeszcze w roku bodajże 1944, po gangrenowym zakażeniu.

Najbardziej charakterystycznym, choć bezimiennym gościem Hycroft Mansion był jednak Płaczący Człowiek. Nigdy nie widziano go w pełnej krasie, bo też unika on jakichkolwiek kontaktów towarzyskich. Jego płacz niekiedy słychać przez pół nocy. Zazwyczaj dobiega z dawnej części szpitalnej, co pozwala twierdzić, że być może jest to weteran wojenny, który wydał swoje ostatnie tchnienie właśnie w tym miejscu. Bywa jednak, że płacz wędruje godzinami po całej, gigantycznej rezydencji.

Ze względu na mroczny charakter, niesłychany, diaboliczny urok i nadzwyczajną aurę, Hycroft Mansion kilkakrotnie gościł ekipy filmowe, realizujące tu między innymi kilka odcinków X-Files oraz kultowego już Ducha. Oczywiście, prawowitym mieszkańcom domu wcale nie podobały się te wizyty, toteż niejednokrotnie próbowali oni uprzykrzyć intruzom ich pobyty w posiadłości. Trzaskały drzwi, gasły światła, a technicy całymi godzinami próbowali przywrócić do porządku sprzęt filmowy, który wiele razy odmawiał posłuszeństwa. Nader często pojawiała się też generałowa McRae, która z wyrzutem pytała wszystkich obcych o cel wizyty. Z wrodzonym taktem i elegancją sugerowała też jak najszybsze opuszczenie progów Hycroft Mansion…

- Nie, nie czujemy się zagrożeni – śmiejąc się, odpowiadają dzisiejsze właścicielki posiadłości - członkinie University Women’s Club of Vancouver, które wierzą w komitywę z dawnymi mieszkańcami rezydencji. – Dom jest pod opieką dobrych duchów, które nie naprzykrzają się nam zbytnio. Przeciwnie, wyczuwamy ich przyjazną obecność oraz swoistą ochronę…

I tak trzymać.

Vancouver, 30 października 2011

Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.

Web Hosting by Yahoo!

Vancouver, BC