bliżej świata

Vancouver, BC

  • 3 stycznia 2012
  • świat
  • obyczaje
  • opinie
  • ludzie
  • stare dzieje
  • wizjer
  • wszystko gra
  • powieść odcinkowa
  • o autorze
  • kontakt
  • archiwum
    • za trzy dni okupacja...
    • chrobry rozrabiaka
    • warchlaki w vancouver
    • tu nie będzie rewolucji
    • to dziki kraj
    • nie ma winnych...
    • dzieje jednego zdjęcia
    • panie szofer, gazu
    • pięć pięćdziesiąt się należy
    • helloween
    • tajemnica hycroft mansion
    • powieść (odcinek 1)
    • Pierwsze kary dla...

powieść obyczajowa z życia wyższych sfer na emigracji w odcinkach (1)

Splash Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me

Czesław strzelił focha i się do nas od dwóch dni nie odzywa. Mówi, że to wszystko przez nas, i że on teraz musowo zapadnie na zapalenie płuc. I w konsekwencji najpewniej umrze. Ale po kolei.

A było to tak, że korzystając ze sprzyjających okoliczności przyrody (jak na koniec października to aura tu panuje bajeczna), w sobotni poranek wybraliśmy się do pobliskiego Akwarium. Jest to co prawda rozrywka tak trochę dla plebsu, a trochę na po kościele. Porównywalna z wizytą w zoologu, albo wesołym miasteczku, tudzież na Panoramie Racławickiej. Ale nic to. Zosia jak dotąd w Akwarium nie była, ja natomiast łońskiego roku zagościłem tam w towarzystwie DJ-a, aleśmy niewiele zobaczyli, bo wyprawa była źle zorganizowana pod względem logistycznym. A może trochę za późno przyszliśmy. W każdym razie nie było już ani tresury wielorybów, ani fikających delfinów, ani nawet biletów na pokaz 4D. Były tylko rozwielitki i bufet z kokakolą po cztery dolary za kusztyczek oraz frytkami po osiem dolarów za mikro-tackę. Ale nie o tym.

Na przedwczorajszą wycieczkę do Akwarium niestety zabraliśmy Czesława. Bo po pierwsze, zapragnęliśmy go choć trochę odchamić, po drugie zaś, strasznie nas już węgliło w temacie bliższego poznania tej jego nowej panny. Która, tak na marginesie, jest jak kat. Czyli przy bliższym poznaniu traci. By dojść do takiego przekonania wystarczył nam wspólny kilkunastominutowy spacer. Gdyż się uprzednio ustawiliśmy u nas na dzielnicy, ażeby się wespół w zespół trochę poszwendać i przełamać pierwsze lody, a tym samym przeprowadzić wszystkie niezbędne procedury poznawcze.

- Straszna chamka - szepnęła mi na ucho Zosia, gdyśmy się przedzierali przez Stanlejowy Park. - Chamka i śledziara, w sam raz dla tego buca.

Też tak uważam. Ale zważywszy na okoliczności, w jakich się poznali, to nie dziwota. Powróćmy jednak do niedzielnej wyprawy. Wytrzymaliśmy w komplecie tak ze dwadzieścia minut, bo Cześka oraz jego gnijącą narzeczoną nie interesowała ani fauna Brytyjskiej Kolumbii, ani ryby amazońskich głębin, ani też pawilon tropikalny. Interesowały ich tylko toalety, bufet i kiosek z pamiątkami. Toteż się, po krótkich męczarniach rozdzieliliśmy, przykazując aby byli oni uprzejmi zmaterializować się przed godziną drugą kole basenu, gdzie się miał odbyć jedyny tego dnia pokaz tresury wielorybów. Nie były to oczywiście żadne wieloryby tylko belugi, ale ponieważ Czesław i Basia tak je bez przerwy tytułowali, tedy pozostańmy przez chwilę w tej dyletanckiej konwencji.

Tak więc najpierw, w towarzystwie Zosi gruntownie zwiedziłem wszystkie pawilony oraz ekspozycje, by grubo przed czternastą ściągnąć w okolice głównego basenu, gdzieśmy niecierpliwie oczekiwali na pokaz dnia. Było na co czekać, ale po kolei.

Czesław oraz Basia przybyli za dwie druga i oczywiście stwierdzili, że zajęliśmy najgorsze miejsca, więc oni sobie idą do przodu. Gdzie wołami było napisane SPLASH ZONE, na co oni naturalnie nie zwracali uwagi, zajęci pożeraniem posiedmiornych frytek, które sobie, wraz z największymi kokakolami przytaszczyli z baru.

Zaraz potem pojawił się Pan Pogromca, który powitał gawiedź, a następnie powiedział coś w rodzaju: Myly Państwo, witam Państwa niezwykle serdecznie na pokazie naszych wielorybów. Nazywają się tak i tak, mają tyle a tyle lat, a uratowaliśmy je z rąk złych rybaków wtedy a wtedy. Proszę się nie zbliżać do barierek, gdyż mogą się tu, nieprawdaż, dziać rzeczy nieprzewidywalne. W lewym sektorze będzie Państwu względnie sucho, w centralnym to tak średnio, natomiast tutaj, po prawej stronie proszę zasiadać na własną odpowiedzialność, albowiem na koniec występu mamy przygotowany taki specjalny numer cyrkowo - jajcarski, któren może się łączyć się z lekutkim ochlapaniem szanownego Państwa…

Oczywiście w tym ostatnim, zdecydowanie opustoszałym po słowach Pana Pogromcy sektorze, rozwalony jak basza siedział Czesław w towarzystwie swojej narzeczonej. Ale nie słuchali oni zapowiedzi Pana Pogromcy, gdyż akurat byli zajęci dalszym pałaszowaniem frytek. A jeśli nawet słuchali, to raczej na jedno wychodzi, gdyż mam takie nieodparte wrażenie, że Czesław, pomimo spędzenia tu już prawie czterech lat, nadal nie jest w przesadnym zakresie wyposażony w język angielski. Rzekłbym że nawet nie jest weń wyposażony w stopniu elementarno – surwiwalowym. Ale nic to.

Pomni zasłyszanych przestróg Pana Pogromcy, przed samym rozpoczęciem pokazu ponownie zapragnęliśmy przeflancować Czesława oraz Basię na naszą ławeczkę, ale coś nam tylko odburknęli i powrócili do konsumpcji.

Program z udziałem trzech wielorybów był bardzo ciekawy, choć trochę przewidywalny. Stworzonka robiły stójkę, fikały koziołki, sikały wodą z pyszczków oraz klaskały. A po każdym numerze otrzymywały z rąk Pań Treserek stosowną gratyfikację w postaci ryb. Nic nadzwyczajnego.

Na wielki finał jedna z treserek podprowadziła największego wieloryba w okolice sektora zwanego SPLASH ZONE, po czym, przy pomocy magicznego gwizdka wydała zwierzątku tajną dyspozycję. W odpowiedzi na dyspozycję wieloryb wyjął spod wody jedną z płetw (rozmiarem zbliżoną do wersalki) i wykonał przy jej pomocy niedbałe plumsknięcie.

Nie wiem, czy Czesław oraz jego dama spodziewali się takiego obrotu sprawy, w każdym razie niespodzianie przyjęli na klatę po jakieś sto galonów wody o temperaturze arktycznej. Tradycyjnie spuśćmy zasłonę litościwego milczenia na dalszy ciąg. Pan Pogromca oraz trzy treserki, czując że ostatni numer jest w założeniu trochę jakby niepopularny oraz poniekąd dokuczliwy, błyskawicznie wycofali się na z góry upatrzone pozycje. Podobnie jak reszta widowni, która hurmem ruszyła w kierunku basenu północnego, gdzie się lada moment miały rozpocząć popisy delfinów...

Na skwerku koło wybiegu wielorybów pozostał tylko ociekający wodą Czesław, jego nie mniej zdewastowana partnerka oraz breja, do niedawna będąca posiedmiornymi frytkami.

- No, weź coś zrób - zaskrzeczała Basia - przecież ja jestem kompletnie mokra...

- No, co ci zrobię? – warknął wściekły Czesław, otrzepując marynarkę z wody, a jednocześnie rozglądając się dookoła w celu znalezienia odpowiednego kandydata do odreagowania. Nie chcąc się takowym stać, grzecznie się pożegnałem, delikatnie na koniec sugerując, co by sobie nasi znajomi w tej kryzysowej sytuacji może zawezwali taksóweczkę i udali się do domu.

Czesław nie odpowiedział nic, w zamian posyłając mi spojrzenie pełne bezbrzeżnej wściekłości oraz pogardy. Natomiast Basia, która w międzyczasie zdążyła już ruszyć w stronę wyjścia, na moment się zatrzymała, obróciła w naszą stronę, po czym ironicznie wycedziła: Dziękujemy wam za piękną wycieczkę.

A proszę bardzo.


 

Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.

Web Hosting by Yahoo!

Vancouver, BC