bliżej świata

Vancouver, BC

  • 3 stycznia 2012
  • świat
  • obyczaje
  • opinie
  • ludzie
  • stare dzieje
  • wizjer
  • wszystko gra
  • powieść odcinkowa
  • o autorze
  • kontakt
  • archiwum
    • za trzy dni okupacja...
    • chrobry rozrabiaka
    • warchlaki w vancouver
    • tu nie będzie rewolucji
    • to dziki kraj
    • nie ma winnych...
    • dzieje jednego zdjęcia
    • panie szofer, gazu
    • pięć pięćdziesiąt się należy
    • helloween
    • tajemnica hycroft mansion
    • powieść (odcinek 1)
    • Pierwsze kary dla...

pięć pięćdziesiąt się należy...

Polityka finansowa Stanów Zjednoczonych tak trochę przypomina mi Banderozę przy ulicy Lubańskiej w moim rodzinnym mieście, które to miejsce swego czasu odwiedzaliśmy w ramach reporterskich działań. Była to posępna rudera przeznaczona w zamyśle władz dla ofiar eksmisji, lokalnych meneli oraz innych wyrzutków. A żeby analogia była bliższa, to dodam jeszcze, że wkrótce potem Banderoza spłonęła, kiedy to jeden z lokatorów, w wódczanej malignie wrzucił butelkę z benzyną do zatęchłej nory, zamieszkiwanej podobno przez rodzinę nosicieli HIV. Ale nie o tym. Banderoza rządziła się swoistymi prawami ekonomicznymi. Czyli było na wódkę, ale na pieluchy dla rozlicznych, usmarkanych dzieci to już nie. Na bełty też się jakoś udawało wyskrobać, ale na drugie śniadanie do szkoły, to już brakowało, nieprawdaż. Albo na podręczniki.

Podobnie sprawy się mają w Dreamlandzie, czyli USA. Są środki na prowadzenie rozlicznych, beznadziejnych, nikomu niepotrzebnych wojen. Jest kasa na tropienie wrogów narodu, na oślizgłą propagandę i ożywioną działalność bandycko – napadalską. Ale poza tym to raczej bida, recesja, kryzys, zapaść ekonomiczna, płacz i zgrzytanie zębów.

Nie dziwota zatem, że rząd szuka sprytnych sposobów na załatanie dziur w budżecie. Pomiędzy innymi doskonałymi metodami na zaradzenie kryzysowej sytuacji, od lutego w Senacie kisił się pyszny projekt wprowadzenia podatku wjazdowego dla sąsiadów zza miedzy. Czyli Kanady.

W ubiegłym tygodniu Radę Finansową musiało chyba trochę przycisnąć, bo skierowała ten jakże frapujący pomysł do realizacji. I tak, z dniem 5 listopada każdy Kanadyjczyk wjeżdżający do USA drogą lotniczą lub morską, byłby zobowiązany do uiszczenia symbolicznej opłaty 5.50 USD tytułem passenger inspection fee.

photo: Dave Chindley / Canadian Press

Pięć pięćdziesiąt w sumie nie majątek, ale z przybliżonych obliczeń wynika, że dzięki nowemu podatkowi, do budżetu Stanów wpłynęłoby coś koło 110 milionów rocznie. Czyli tak trochę na waciki, biorąc pod uwagę fakt, że cele militarne pochłonęły w bieżącym roku już ponad 600 miliardów dolarów (z 685 przewidzianych w budżecie).

Decyzja o przywróceniu opłaty wjazdowej zgodnie komentowana jest jako kompletna żenada i kompromitacja amerykańskiego rządu. Nie ma o czym mówić ani nad czym się rozwodzić. Jeden tylko komentarz zasługuje na uwagę ze względu na swoją trafność i stosowną dozę jadu oraz uzasadnionej dosadności. Pat Martin, jeden z liderów NDP, tuż po ogłoszeniu nowego projektu, powiedział:

- Krew mi się gotuje na myśl, że będziemy musieli płacić za zaszczyt odwiedzania Stanów. To policzek dla Kanadyjczyków oraz oczywisty absurd. Dlaczego mamy kupować bilet do USA? Co to jest, Disneyland?

I to tyle. Bo naprawdę decyzja ta nie zasługuje na jedno choćby dodatkowe słowo komentarza. A tak niejako przy okazji i trochę od tematu, przypomniała mi się historyjka towarzysząca naszej pierwszej wyprawie do Stanów. A było to tak.

Okazji do wycieczkowania oraz świętowania było kilka. Po pierwsze, mój serdeczny przyjaciel Czesław zakończył pracę w jednostce poniekąd antyterrorystycznej, zajmującej się ochroną igrzysk zimowych Vancouver 2010 i właśnie kilka dni wcześniej wykonał ostatnią szychtę w służbie narodu kanadyjskiego oraz innych narodów zaprzyjaźnionych. Po drugie, Czesiek nareszcie pozyskał upragnioną kartę stałego pobytu w tym strasznym kraju. Po trzecie zaś – na jego konto wpłynęła z dawna upragniona płatność za wspomnianą w punkcie pierwszym służbę.

W związku z czym, Czesław ogłosił uroczyście, że funduje całej ekipie wycieczkę jednodniową do stolicy grandżu czyli Seattle (oddalonego o niecałe dwieście kilometrów od naszych okolic). Na takie diktum bardzośmy się wszyscy ucieszyli. Decyzja o wyjeździe zapadła w środę, natomiast samą ekskursję postanowiliśmy odbyć w niedzielę.

We wspomnianą już środę, w godzinach popołudniowych Czesław zapytał mnie tylko jedenaście razy, czy jestem pewien, że oni go do tych Stanów wpuszczą, bo my z Zosią, to przecież mamy żelazne papiery, a on tylko polski paszport i kanadyjską kartę stałego pobytu. Zapewniłem go, że wszystko będzie dobrze.

W czwartek Czesław tylko trzydzieści razy upewnił się, że oni go do tych Stanów na mur wpuszczą. Mimo, że my mamy żelazne, lokalne papiery, a on tylko polski paszport oraz kartę stałego pobytu.

W piątek wybyliśmy z Zosią służbowo na cały dzień, ale kilkakrotnie musiałem esemesowo uspokoić Czesława, że na pewno go do tych Stanów wpuszczą, mimo, że ma tylko kartę stałego pobytu. Oraz polski paszport.

Cała sobota upłynęła pod hasłem uspokajania Czesława, który dla odmiany stwierdził, że Stany na pewno będą się mścić za przegraną w finale olimpijskiego hokeja i go nie wpuszczą na swoje terytorium, bo ma tylko polski paszport plus kartę stałego pobytu.

Uspokoiwszy Czesława, udaliśmy się na spoczynek. Około drugiej obudziły mnie hałasy dobiegające z kuchni. Czesław siedział na taborecie, pił mleko i sprawdzał po raz miliardowy zawartość swojej saszetki z dokumentami.
- Nie mogę zasnąć – poinformował mnie – bo martwię się, że mnie do tych Stanów nie wpuszczą. Wiesz, wy to macie wszystkie papiery, a ja tylko kartę stałego pobytu i polski paszport – tłumaczył, silnie poddenerwowany.
Nakazałem mu powrót do łóżka i sam uczyniłem dokładnie to samo.

Piętnaście po czwartej Czesław zapukał do drzwi sypialni i oświadczył mi, że on już jest gotowy do wyjazdu i będzie na nas cichutko czekał. Rzeczywiście, stał w progu kompletnie ubrany, w butach, kurtce, z chlebaczkiem oraz obowiązkową saszetką w dłoni. Wymamrotałem, że chyba kompletnie go powaliło i odwróciłem się na drugi bok, ażeby dospać.

Nim wybiła siódma, Czesław przychodził do mnie jeszcze czternaście razy, cichutko pytając, czy to aby już nie pora. A ponieważ tarabanił się tak strasznie, że nie sposób już było spać, tedy powstaliśmy z barłogów i chcąc – nie chcąc zaczęliśmy przygotowywać się do wyjazdu.

Oczywiście zaczęliśmy od śniadania, kawy i porannego przeglądu Internetu. Potem zrobiliśmy sobie kanapki na drogę, a następnie przez pół godziny wybieraliśmy kreacje w których ujrzy nas Ameryka. W tym czasie Czesław w pełnym rynsztunku nerwowo dreptał po przedpokoju i błagalnie na nas popatrywał zbolałym wzrokiem.
Przed dziewiątą postanowiliśmy się już nad nim ulitować, więc w ciągu kilku minut dokończyliśmy przygotowania i ewakuowaliśmy się do hondziaka, zaparkowanego w podziemnym garażu.

Brum, brum, brum – radośnie mruczał Czesław w windzie. I wesoło podśpiewywał. Po czym szybciutko zajął miejsce na tylnym siedzeniu, odłożył na bok swój chlebaczek oraz legendarną saszetkę, zaś na kolanach rozpostarł przygotowane uprzednio mapy i wydrukowany z sieci rozkład podróży.

Przed samym wyjazdem, jako osobnik dotknięty silną nerwicą natręctw, poprosiłem aby wszyscy raz jeszcze sprawdzili, czy na pewno zabrali klucze, telefony, pieniądze oraz dokumenty. Wtedy to okazało się, że paszport Zosi utracił ważność ponad miesiąc temu.

Spuśćmy zasłonę litościwego milczenia.


 

Vancouver, 28 października 2011

Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.

Web Hosting by Yahoo!

Vancouver, BC