bliżej świata

Vancouver, BC

  • 3 stycznia 2012
  • świat
  • obyczaje
  • opinie
  • ludzie
  • stare dzieje
  • wizjer
  • wszystko gra
  • powieść odcinkowa
  • o autorze
  • kontakt
  • archiwum
    • za trzy dni okupacja...
    • chrobry rozrabiaka
    • warchlaki w vancouver
    • tu nie będzie rewolucji
    • to dziki kraj
    • nie ma winnych...
    • dzieje jednego zdjęcia
    • panie szofer, gazu
    • pięć pięćdziesiąt się należy
    • helloween
    • tajemnica hycroft mansion
    • powieść (odcinek 1)
    • Pierwsze kary dla...

nie ma winnych, wszyscy święci...

15 czerwca 2011, po finałowym meczu Pucharu Stanleya (oglądanym na telebimach,w klubach i okolicznych pubach przez 155.000 osób) w vancouverskim centrum wybuchły zamieszki. News to poniekąd , ale nie samo zdarzenie skłoniło mnie do skreślenia tych kilku słów, co raczej kuriozalna polityka władz oraz organów ścigania wobec sprawców opisywanych zdarzeń. Po blisko czterech miesiącach od sławetnej nocy nadal nie ma winnych, bo skoro nikomu nie postawiono żadnych zarzutów...

A tak na chłopski rozum i w zgodzie z ludowym poczuciem sprawiedliwości, to chyba byłoby za co karać, bo podczas wielogodzinnej zadymy obrażenia odniosło ponad 140 osób. Przynajmniej cztery zostały ugodzone nożem, w tym jedna ze skutkiem niemal śmiertelnym. Do tego kilkanaście spalonych samochodów, splądrowane wszystkie pobliskie domy towarowe (m.in. London Drugs, Sears, The Bay, Future Shop oraz straty w mieniu obliczane na siedem milionów dolarów. Kanadyjskich, ale zawsze.

Pierwsza reakcja władz raczej nie rozczarowywała. Choć początkowo usiłowano w opisywane zdarzenia wmanipulować anarchistów oraz antyglobalistów, niemal natychmiast teoria ta upadła. Może za sprawą setek amatorskich filmów wideo pokazujących radosną młódź, włamującą się do sklepów i wynoszącą naręcza dóbr wszelakich. Stało się jasne, że za vancouverskimi zamieszkami nie stała żadna ideologia ani tak zwana słuszna sprawa. A żeby rzecz całą nazwać po imieniu, to przegrany z Boston Bruins mecz stał się dobrym pretekstem do beztroskiej zabawy dla paruset rozwydrzonych gnojów, jak się potem okazało – z wcale niezłych domów.

photo: Anders Kravis

Już następnego dnia, na miejscu zdarzenia pojawiła się premier prowincji Brytyjskiej Kolumbii, która w krotkich, żołnierskich słowach publicznie przedstawiła dalsze, spodziewane losy uczestników ubiegłowieczornych zamieszek. Mamy wasze zdjęcia oraz nazwiska, wiemy kim jesteście, nie ma dla was ucieczki – usłyszeli zebrani dziennikarze oraz setki ochotników, sprzątających zdemolowane śródmieście. Zaraz potem oświadczenie trafiło do wszystkich mediów. – Sprawimy, że już nigdy nie traficie na te ulice i na organizowane dla normalnych ludzi widowiska – dudniły w każdym wydaniu wiadomości słowa nieugiętej pani premier. Miało to pewne podstawy oraz widoki na realizację, gdyż na ręce władz przekazano ponad milion zdjęć i kilka tysięcy godzin filmów, prezentujących z miażdżącą ostrością i nieomylnością oblicza uczestników zamieszek. Nazwiska, adresy oraz materiał dowodowy podano zatem policji na tacy.

Na pierwszy ogień poszła niekwestionowana gwiazda wieczoru, czyli Nathan Kotylak, który był uprzejmy wystąpić w słusznej długości filmiku, nakręconym na wieczną rzeczy pamiątkę przez jednego z kompanów. Z otwartą przyłbicą, szczerząc się do kamery, najpierw wkłada Kopylak do baku policyjnego radiowozu zapaloną szmatę, a zaraz potem - przy pomocy pochodni wykonanej z kartki wyrwanej z zeszytu do bioli - usiłuje podpalić kabinę pojazdu. Następnie skacze jeszcze po samochodzie, krzyczy i pajacuje przez kilka minut. Czarno – biała sprawa, która prokuraturze powinna zająć półtorej minuty, chciałoby się rzec. Otóż oczywiście, ale niekoniecznie.

Kotylak – zdolny student UBC, wschodząca gwiazda water polo oraz dziecko swoich, nadzwyczaj kumatych i ustosunkowanych rodziców – niezwłocznie złożył stosowne oświadczenie, w którym oczywiście wyznał, że nie wie, co go opętało, ale żałuje i prosi o wyznaczenie mu pokuty i rozgrzeszenia. Czyli okazjonalny i sztampowy bełkot, podyktowany przez tysiącdolarowego prawnika. Doskonale zadziałała przy okazji zasada rodem z Młodych Wilków. Czyli że jak cię złapią za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Zdjęcia i filmy z udziałem Kotylaka uznano bowiem za tendencyjne i raczej nieprzydatne jako dowód w sprawie. Prawdopodobnie jedyną karą dla malca stanie się zakaz reprezentowania Kanady na najbliższych igrzyskach.

Podobnie sprawy mają się w przypadku pozostałych uczestników zamieszek, dewastacji, podpaleń i rabunków. Choć zatrzymani w kadrze oraz na taśmie filmowej – do dziś nie doczekali się postawienia im jakichkolwiek zarzutów.

- Rozumiem gniew społeczeństwa – komentuje burmistrz Vancouver Gregor Robertson, który przez długi czas używał wobec uczestników zamieszek pieszczotliwego określenia small group of troublemakers. - Rozumiem niepokój mieszkańców oraz ich rozgoryczenie. Dziękuję też z tego miejsca blisko piętnastu tysiącom wolontariuszy, którzy pomagali w uprzątnięciu miasta. Ale nie mieszajmy pojęć, nie dajmy też ponieść się emocjom i pozwólmy policji oraz prokuraturze na spokojne i uważne przyjrzenie się tej sprawie – zaapelował na koniec swojego wystąpienia.

Więc się dalej przyglądajmy.

Do Gwiazdki samo przyschnie.


 

Vancouver, 16 października 2011

Copyright 2011 Bliżej Świata. All rights reserved.

Web Hosting by Yahoo!

Vancouver, BC